30 stycznia 2015

Pączki tradycyjne


Smażone jedzenie jest ciężkostrawne to fakt bezsporny, ale jeśli przez cały rok jesteśmy grzeczni, to w karnawał jeden raz możemy sobie pozwolić na małe szaleństwo, nasza wątroba nie powinna się na nas obrazić (ponoć regeneruje się co pół roku, ale bądźmy dla niej łaskawi). Do Tłustego Czwartku zostało co prawda jeszcze sporo czasu, ale z wyborem przepisu idealnego nie warto czekać! Ten, który chciałam wam zaproponować dzisiaj, jest starym rodzinnym przepisem, więc nie jest najzdrowszym z możliwych, ale tego smaku się nie zapomina. To pączki mojego dzieciństwa, do dzisiaj pamiętam, jak patrzyłam mamie na ręce, kiedy je lepiła, a potem obtaczałam w cukrze pudrze po tym jak tata je usmażył. To był taki nasz rodzinny rytuał na końcówkę karnawału i tylko wtedy jedliśmy pączki. Do dzisiaj tak mam, że pączków sklepowych nie lubię i nie jadam, natomiast tym maminym, domowym oprzeć się nie potrafię.


A teraz, co z dziecięciem? Można dać mu domową marmoladę ze środka :D Całego pączka Tosia spróbuje już niedługo, ale pieczonego w piekarniku, przepis wkrótce!


Pączki

  • 60g drożdży
  • 2 szkl. mleka
  • 6 szkl. mąki
  • 12 żółtek
  • 10 płaskich łyżek cukru/ksylitolu/stewii
  • szczypta soli
  • 2 łyżki spirytusu
  • 300g masła
  • skórka otarta z cytryny lub pomarańczy
  • marmolada żurawinowa bądź z dzikiej róży
  • dobry smalec do smażenia

Drożdże zalać ciepłym mlekiem, dodać dwie łyżki słodzidła i dwie mąki, odstawić w ciepłe miejsce na kilkanaście minut, aż zaczyn urośnie. Żółtka utrzeć z pozostałą częścią słodzidła i dodać do gotowego zaczynu, razem ze spirytusem, solą, skórką pomarańczową i mąką, starannie wyrobić ciasto. Na koniec dodać rozpuszczony tłuszcz i wyrabiać aż dobrze połączy się z ciastem. Przykryć i odstawić w ciepłe miejsce do podwojenia objętości. Z wyrośniętego ciasta odrywać kawałki natłuszczoną dłonią, nakładać po łyżeczce marmolady i formować kulki, na stolnicę oprószoną mąką odkładać stroną zlepienia. Wrzucać na dobrze rozgrzany tłuszcz (żeby to sprawdzić, można wrzucić kawałek ciasta, gdy szybko wypłynie, tłuszcz jest odpowiednio gorący) i smażyć do zrumienienia z jednej i drugiej strony. Prawidłowo usmażony pączek poznaje się po jasnej obrączce na obwodzie.
Osączone pączki można oprószyć cukrem pudrem, ale nie jest to konieczne, są pyszne w każdej formie :)

Smacznego!



28 stycznia 2015

Gadżety przy BLW


Gadżetomania! Sprzęty, sprzęty dla dziecka wszędzie! Najpierw przewijaki, torby, organizery. Potem zabawki tonami walające się po kątach (a dziecko i tak wybiera oczywiście pilota albo komórkę). I krzesełka, miseczki, niekapki, sztućce takie i owakie, miseczki z podgrzewaczem, łyżeczki 360 stopni, butelki z ustnikiem i mnóstwo, mnóstwo innych rzeczy. Ja osobiście miałam zawrót głowy jeszcze jak byłam w ciąży i miałam arcytrudne zadanie zebrać wyprawkę dla małej. Jakoś się udało, większość rzeczy rzeczywiście nam się przydała prędzej czy później, choć zdarzyła się też wpadka w postaci pościeli, której zakup mogliśmy spokojnie odłożyć nawet do teraz.
Jako, że mój blog oscyluje, bliżej bądź dalej, wokół tematyki żywieniowej, w niniejszym poście chciałabym podjąć trudną kwestię gadżetów „do karmienia”, którymi kuchnie młodych rodziców mają zwyczaj zarastać. Choć przy BLW wypadałoby je nazwać raczej gadżetami do samokarmienia.

Krzesełko


Jako, że moja siostra odchowała już dwóch synów i uznała, że krzesełka potrzebować już nie będzie, oddała je nam. Tosia miała wtedy cztery miesiące, więc większość czasu spędzała leżąc na plecach bądź brzuchu, poza tym jak już wiecie rozszerzanie diety odłożyliśmy na później. Kiedy jednak po dwóch miesiącach, jak tylko zaczęła stabilnie siedzieć, umieściliśmy ją w ślicznym, kolorowym krzesełku, okazało się, że ledwo widać ją zza tacki... Jest przeogromne, choć w teorii to standardowy rozmiar. W moim odczuciu lepiej będzie się nadawać dla dziecka półtorarocznego albo i dwuletniego (aktualnie wróciło do poprzedniego właściciela mającego właśnie dwa latka i dopiero teraz jest w użyciu) niż malucha dopiero rozpoczynającego przygodę ze stałymi pokarmami. Wiem, że wielu rodziców radzi sobie podkładając dziecku poduszkę bądź nawet książkę pod pupę i jest to jakiś sposób jeśli już wydało się te kilkaset złotych i trzeba sobie jakoś radzić.
Krzesełka wabią kolorowymi obiciami, są naprawdę ładne i ciekawe, mają mnóstwo funkcji, między innymi opcje regulowania nachylenia oparcia (podejrzewam, że głównie ze względu na młodsze niesiedzące dzieci niestety, ale może i też dlatego, że niektóre maluchy zasypiają przy jedzeniu :D ), czasem zdarza się naprawdę wypasiony model z opcją regulacji wysokości tacki. Krzesełka mają wymienne obicia, ponoć łatwe w myciu, mogą mieć demontowane nóżki, dzięki czemu w przyszłości będą służyć starszym dzieciom jako zwykłe krzesła.
To wszystko według producentów jest bardzo ważne. Jak to jednak jest w praktyce? Wiem, że nie wszystkie dzieci są takie same i zapewne istnieją takie, dla których duże krzesełka będą idealne. Dla mojej córki i dla mnie natomiast najlepsze okazało się krzesełko spełniające kilka ważnych wymogów. Mianowicie:

- stabilność, krzesełko musi mieć szeroko rozstawione nogi, by nawet najbardziej ruchliwy maluch nie był w stanie go przewrócić. Niestety wiąże się to z tym, że krzesełko zajmuje dużo miejsca, ale mały to koszt zważywszy na bezpieczeństwo;

- odpowiednia wysokość tacki, w końcu żaden dorosły nie jada przy stole, który sięga mu pod brodę, więc czemu dziecko ma tak jeść? Tacka powinna znajdować się mniej więcej na wysokości łokcia siedzącego w krzesełku dziecka. Z początku drobniejsze dzieci mogą mieć tackę odrobinę wyżej, ale przy BLW początki to głównie próbowanie, więc aż tak bardzo to nie przeszkadza, poza tym dzieci na szczęście szybko rosną ;)

- łatwość w zachowaniu czystości, przy dużym krzesełku, z mnóstwem pokręteł i ruchomych elementów, może być problem z czyszczeniem zakamarków. Przy BLW rodzic nie ma prawie żadnej kontroli nad tym, co z jedzeniem zrobi jego dziecko. Kładziesz na tackę i patrzysz co się będzie działo. W związku z tym, jedzenie lubi być wszędzie. Początkowa nieporadność dziecka sprawia, że jedzenie zostaje zepchnięte łokciami pod pupę, albo na podłogę. Dzieci lubią też testować, co można z jedzeniem zrobić, wcierają sobie np. brokuła we włosy, albo w oparcie krzesełka, wciskają marchewkę w tackę bądź pod tacką, rozsmarowują, rzucają, żeby przetestować grawitację i tak dalej, i tak dalej. Dziecięca wyobraźnia nie zna granic i nawet jeśli karmimy dziecko łyżeczką, wyrywanie jej z ręki, pchanie rączek do miski czy plucie wiąże się z ogromnym bałaganem, przynajmniej na początku. Moje dziecko okazało się być żarłokiem, który mało testował, a pożerał ile się tylko dało i na ile możliwości motoryczne jej pozwoliły. Więc i bałaganu było niewiele. Mimo to chwalę sobie krzesełko, które ostatecznie wybrałam dla Tośki, bo mycie go jest błyskawiczne;

- pakowność, przy każdej podróży z niemowlakiem pojawia się problem: jak nakarmić dziecko bez krzesełka, bo np. u dziadków krzesełka nie ma, a jak spakować wielką kobyłę do małego bagażnika? Zawsze można posadzić dziecko na kolanach i niech porywa jedzenie z naszego talerza, ale jeśli czeka nas dłuższy pobyt? W każdym razie przy rozkładanym, lekkim krzesełku problem znika jak sen złoty ^_^

- ranty przy tacce, dla mnie było to ważne, bo chciałam zminimalizować ilość spadającego na podłogę jedzenia. W praktyce okazało się, że ranty przy BLW są bardzo pomocne, bo nie mogąc sobie poradzić ze śliską marchewką, Tosia przesuwała ją do rantu i bez problemu łapała w rączkę;

- podnóżek, dla wykształcenia dobrej postawy i prostych pleców, wartko mieć podpórkę dla nóg w czasie siedzenia i to nie tylko dzieci, ale dorośli także;

- dobra cena, w końcu rodzicom się nie przelewa, wydatków i tak jest sporo, a wolę wydać majątek na fotelik samochodowy niż na krzesełko.


Rozważając wszystkie te wymogi i przeglądając coraz to nowe oferty krzesełkowe, miałam spory problem, bo większość krzesełek jest naprawdę wielka i skomplikowana, jak pisałam wyżej, z ogromną ilością tajemnych miejsc, które codziennie trzeba by czyścić. Życie spędzone na gotowaniu i sprzątaniu mi się nie uśmiechało. Zapytałam więc koleżanki na grupie BLW i znalazło się jedno krzesełko spełniające niemalże wszystkie moje kryteria: Antilop z Ikei. Brakowało jej tylko podnóżka, ale wystarczyło dokupić drugą tackę, żeby wada zniknęła (można też domontować w odpowiednim miejscu zwykłą listewkę, przykleić grubą taśmę klejącą, albo dla bardziej zaawansowanych technicznie rurkę w otulinie – wszystkie patenty znajdziecie na grupie BLW na Twarzoksiążce). Mogę z czystym sumieniem polecić. Czyści się w kilka chwil, wystarczy zdemontować tackę, wrzucić ją pod prysznic, a resztę przetrzeć ścierką. Można też dokupić poduszkę. Na początku przydawała się w całości, później zdjęłam pokrowiec, bo ciągle był brudny, a ostatnio odcięłam boczne poduszki, bo tylko małej przeszkadzały i tyłek jej się nie mieścił. Koszt to około 50zł, co jest ceną wprost wymarzoną. Istnieją bardzo podobne krzesełka, z podnóżkami i z możliwością doczepienia ich do zwykłego krzesła, ale są już droższe.


Oczywiście „Antylopa” nie jest receptą idealną dla wszystkich, natomiast wiele mam, podobnie jak ja stosujących BLW, ale też tych karmiących łyżeczką, bardzo ją sobie chwali. Zachęcam też do podzielenia się swoimi doświadczeniami na ten temat.


Sztućce

 
W BLW sztućce przydają się niemalże od samego początku. Mniej więcej jak Tosia skończyła osiem miesięcy, zaczęłam jej kłaść obok talerza łyżeczkę i widelec. Na początku służyły głównie do zabawy, więc po jakimś czasie młoda dostawała je pod koniec posiłku, ale cały czas systematycznie przyzwyczajałam ją do tego jakże ważnego narzędzia. Jeśli nałożyłam jej jedzenie i podawałam łyżeczkę/widelec do rączki, trafiała do buzi bez problemu, młoda nie próbowała jednak działać sama. Dopiero niedawno, jak skończyła dziesięć miesięcy, zaczęły się intensywne wysiłki nadziania czegoś na widelec bądź nabrania na łyżeczkę. Ta radość, kiedy w końcu się uda jest bezcenna!
Co do samych sztućców po dłuższych poszukiwaniach zamówiliśmy widelec i łyżeczkę firmy Skip Hopp, mają szeroki, plastikowy uchwyt, bardzo ładny, w stonowanych kolorach. Końcówki są metalowe, ale kanty mają zaokrąglone i gładkie, więc zranienie raczej nie grozi, ale oczywiście zawsze trzeba dziecko obserwować i trzymać rękę na pulsie!
Sporym minusem tych sztućców na początku BLW jest to, że po próbie jedzenia rączką mocne chwycenie sztućca jest trudne – ubrudzona rączka brudzi trzonek, który robi się zbyt śliski i co chwilę albo wypada z ręki, albo się przekręca. Dlatego innym doradzałabym na początek łyżeczkę żelową z cienkim trzonkiem, a widelec metalowy z obłymi ząbkami (na plastikowy kompletnie nic nie da się nabić, nawet mnie udało się co najwyżej rozmaślić jedzenie :D ) i też z cienkim trzonkiem.
Na rynku istnieje również wiele dziwnych wynalazków, typowych gadżetów, które niektórym mogą się przydać:
Źródło obrazka: http://imgx.wizaz.pl/najlepsze-dla-dzieci/foto/954_250.jpg

- łyżeczka obrotowa, nie ważne jak dziecko ją trzyma i tak nic z niej nie spłynie. W moim odczuciu pewnie działa, natomiast czy dzięki niej dziecko nauczy się jeść łyżeczką?;
Źródło obrazka: https://www.mamissima.pl/product_picture/fit_in_500x500/d87245855075803e1be29a780b3ccd37.jpg

- elastyczne sztućce, można je dowolnie wyginać, całkiem fajny pomysł;

Źródło obrazka: http://www.bangla.pl/foto/prod//0000/c/494_01_6017.gif

- profilowane sztućce, może może, ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić jak czymś takim jeść, szczególnie widelcem.

Zawsze na koniec warto rozważyć, czy nie najlepsza będzie prostota, czyli to co mamy we własnej szufladzie ze sztućcami :)

Kubek


Podobnie jak przy sztućcach, tu także rynek proponuje nam bardzo bogaty wybór. Sama nie mam jeszcze w tym temacie największego doświadczenia, ponieważ moja córa dopiero uczy się obsługi kubka. Mogę natomiast z czystym sumieniem powiedzieć, że najlepiej od razu uczyć dziecko picia z klasycznego kubka, ewentualnie pokusić się o doidy cup, o którym za chwilę. Jak już pewnie zdążyliście zauważyć, jestem zwolenniczką prostoty, więc według mnie najlepiej zaopatrzyć się w plastikowy kubeczek wyglądający jak najzwyklejsza szklanka. Jak nauczyć dziecko posługiwania się takim kubkiem? Najlepiej zacząć od wrzucenia go do wanny w czasie kąpieli, jak tylko dziecko nauczy się siadania. W wannie dziecko nauczy się trzymać kubek tak, żeby nie wypadał z rąk, jak go przechylać oraz przede wszystkim nauczy się tego jak zachowuje się płyn w kubku, jak trzeba przechylić, żeby się napić (pobulgotać troszkę). W okolicach roku najlepiej dać kubek do ostatniego posiłku, tuż przed wieczorną kąpielą, niech dziecko próbuje swoich sił i teraz dla odmiany uczy się jak przechylić kubek, żeby nie tylko się napić, ale i nie oblać. My jesteśmy w tej chwili na ostatnim etapie. Do tego w czasie pozostałych posiłków Tosia dostaje kubeczek doidy, z gęstszymi płynami jak jogurt, zupa krem, koktajl.
Jakie są zalety picia ze zwykłego kubka? Poprzez to, że wymaga aktywnej kontroli przepływu płynu, mocno angażuje do pracy mięśnie warg, usta muszą dokładnie otulić brzeg kubka, jednocześnie dziecko musi kontrolować oddech i zsynchronizować go z piciem, żeby się nie zachłysnąć, a dozując napój może kontrolować wahania poziomu płynu. To są niezwykle ważne rzeczy, z których dziecko jest wyręczane szczególnie przy kubkach niekapkach.
Co zaś proponują nam producenci kuchennych gadżetów dla dzieci? Zacznę od dwóch gadżetów, których sama używam:


- Doidy cup, nazywam go kopniętym kubkiem, rombem pośród kubkowych kwadratów. Jest o tyle pomocny, że trudniej coś z niego wylać i dziecko lepiej kontroluje/widzi nachylenie płynu w środku. Pije się z niego bardzo łatwo i dziecko dość szybko łapie jak go trzymać;


- bidon, czyli kubek z rurką, u nas sprawdził się idealnie jako pojemnik do picia w ciągu dnia. Bidon stoi u nas na podłodze, w zasięgu córczynej ręki, w każdej chwili może po niego sięgnąć (nauczyła się go otwierać i zamykać), więc w zasadzie nie wymaga mojego specjalnego zaangażowania (na początku potrzebna była asysta, ale z czasem jest zbędna). Dzięki bidonowi Tosia wreszcie zaczęła pić większe ilości płynów i potrafi wypić cały bidon wody dziennie. Specjaliści natomiast polecają stosować właśnie kubeczki z rurką obok zwykłych kubków, gdyż przy piciu z bidonu angażowane i ćwiczone są inne partie mięśni, dziecko ma więc cały pakiet korzyści logopedycznych przy zwykłej, codziennej czynności picia.
Nasz to, tak jak sztućce, produkt firmy Skip Hopp, kiedyś miał grafikę jeżyka na boku, ale niestety, mimo delikatnego mycia, bardzo szybko się zdrapała. Poza tym mamy problem z przeciekaniem, także nie będę go polecać, ale na rynku jest naprawdę spory wybór bidonów, więc można szaleć;

- kubek 360, pije się z niego jak ze szklanki, przy czym nakrętka chroni przed rozlewaniem. Na początek powinien się sprawdzić, jeśli nie chcemy uczyć trzymania kubka w kąpieli, ale prędzej czy później dziecko będzie musiało nauczyć się, jak zachowuje się płyn;

- niekapek, kubek którego radziłabym raczej unikać, ponieważ jego kształt źle wpływa na kształtujący się zgryz. Gdyby dziecko używało go przez miesiąc czy dwa, albo „od wielkiego dzwonu”, nie byłoby problemu, ale wygoda tego kubka powoduje, że niejednokrotnie podawany jest dzieciom przez kilka lat, w których ma miejsce najgwałtowniejszy rozwój mowy. Dlatego logopedzi i ortodonci ostatnio biją na alarm, by z nich w ogóle zrezygnować. I nie przekona mnie najwymyślniejszy nawet kształt (tak, kształt matczynej piersi również...)

Śliniak


Można używać, albo nie, to już zależy od zamiłowania rodziców do czystości. Mnie się bardzo przydał, głównie dlatego, że dietę rozszerzamy w sezonie jesienno-zimowym, a w domu raczej chłodno, więc jedzenie na golasa odpada. Latem młoda jadłaby w samym pampersie, serio to pomysł geniusza przy BLW. No, ale jak już mówiłam nam rozszerzanie przypadło w okresie grzewczym i śliniak jest konieczny. Jak go zatem wybrać? Dla dziecka, które je samo nie jest to taka prosta sprawa. Można po prostu machnąć ręką i sadzać dziecko w ubraniu, niech robi co chce, a wieczorem pralka na chodzie. Jeśli zaś mama, taka jak ja, woli zachować ubranka w całości (raz zdarzyło mi się usadzić Tosie w samym bodziaku, jak byłyśmy w gościnie w bloku, było super, ale bodziak do kosza!), a i pralki za szybko zarżnąć nie chce, jedynym ratunkiem odziać dziecko w specjalistyczną odzież. Na początku przy gotowanych warzywach i owocach, w zupełności wystarczy fartuszek z kieszonką i rękawami. U nas najczęściej rękawy były podwinięte, żeby nie przeszkadzały, a kieszonka przytrzaśnięta tacką od „Antylopy”, żeby nic nie uciekło między nogami. Kiedy do diety dołączyły bardziej mokre i brudzące rzeczy, typu owsianka, zupa krem czy kasza z sosem, okazało się, że kubraczek przemięka i mimo prania na milion sposobów, baaaaardzo brzydko pachniał.


Zakupiliśmy więc śliniak klasyczny, foliowy, zaczepiany na karku i on lądował na wierzchu. W tej chwili Tosia zaczyna powolutku jeść na tyle czysto, no i uczy się obsługi sztućców, że rezygnujemy powoli z fartuszka i zostaje sam klasyczny śliniak przytrzaśnięty tacką, żeby stworzyć prowizoryczną kieszonkę. U nas taki zestaw gra, ale śliniaków jest tak dużo, a potrzeby rodziców i dzieci tak różne, że tutaj nie śmiem nikomu konkretnie doradzać. Równie dobrze może się sprawić na przykład ubranko do prac plastycznych, jedyny minus to to, że jest dość duże. Fajnie mogą się też sprawdzić gumowe śliniaki z korytkiem, np. ikeowe żabki, ja nie wypróbowywałam, ale wiem, że u niektórych się sprawdza i jak tak nad tym dumam, to myślę, że i u nas zdałby egzamin.

Talerzyki i kolorowe tacki

Na początku przygody z BLW nie są konieczne, a wręcz przeszkadzają. Intensywne kolory mogą rozpraszać dziecko, odwracać jego uwagę od jedzenia i skupiać ją na zastawie, a to przecież nie jest naszym celem. Na początku dziecko będzie zachwycone kolorami jedzenia, leżącego na kontrastowo jasnej tacce (najlepiej białej). Poza tym naczynia lubią latać po kuchni razem z jedzeniem, a takim talerzem dziecko rzuci raz i już niczego na tacce nie ma, z luźnymi kawałkami będzie się męczyć nieco dłużej, a to pozwoli mu lepiej poznać fakturę i konsystencja tego, co aktualnie dostało. Z czasem, jak już dziecko będzie bardziej obeznane z tematem i zaakceptuje dodatkowe urządzenia, można dodać naczynia i tu już mamy pełną dowolność. Akurat ja i moje dziecko ograniczamy się do zawartości szafki, czyli najzwyklejszy talerz i najzwyklejsza miska. Może jak będzie starsza i sobie zażyczy jakiegoś specjalnego naczynia, to jej kupię, w tej chwili osobiście nie widzę takiej potrzeby, przy czym rozumiem absolutnie jeśli ktoś nabywa zastawę specjalnie przeznaczoną dla pociechy. I przyznaję, grafiki na talerzykach i miseczkach dziecięcych są absolutnie zachwycająco piękne i czasem sama sobie bym nie jedną sprezentowała ;)

Inne przydatne


Mam jeszcze dwie rzeczy, które w mojej kuchni w czasie posiłku przydają się bardzo bardzo. Pierwszą z nich są najzwyklejsze ręczniki papierowe, przydają się zarówno do wytarcia tacki z grubszych resztek, jak i pobieżnego, pierwszego czyszczenie rączek i buzi dziecka. Ratowały ubranko ocalałe po jedzeniu, od wtarcia resztek wciśniętych między paluszki. Można też zamiast nich używać ściereczki, ale tu znowu trzeba by ją co chwilę prać, a ręczniki papierowe można po prostu wyrzucić, a i dla środowiska jakoś szczególnie nieprzyjazne nie są.


Drugą bardzo przydatną przy BLW sprawą dodatkową jest... PIES! Ha, nie namawiam tu nikogo do zakupu czy adopcji psa, broń boże, podkreślam tylko, że to bardzo pożyteczne zwierzątko i uchroni skołatane matczyne serce od bólu przy wyrzucaniu jedzenia. Nasz Cynamon nie ruszy jedynie banana, wszystko inne (nawet owsianka z jabłkiem) jest dla niego największym smakołykiem. Jeszcze dwa miesiące temu radośnie czekał pod tosinym krzesełkiem i łapał niemalże w locie każdy spadający kąsek. Dziś niestety smutno zwiesza ogon i kładzie się zrezygnowany, bo nagle przestało cokolwiek skapywać z pańcinej tacki ;)
Dla tych, którzy psa nie posiadają i mieć nie chcą bądź nie mogą, taką funkcję Cynamona może pełnić cerata/obrus/folia malarska na podłodze, albo bardzo żarty kot.


Inne według mnie nieprzydatne

Ostatni podpunkt dotyczy kompletnie zbędnych wymysłów producentów dziecięcych gadżetów, rzeczy które zagracą wasze szafki i będą się jedynie kurzyć, choć nie wykluczam, że znajdą się tacy, którym się przydadzą, ale śmiem twierdzić, że będą to wyjątki. A więc zaczynamy:

- smoczek z siateczką, to akurat jest po prostu zaprzeczenie istoty BLW, czyli samodzielnego jedzenia. Jeśli dziecko nie jest w stanie utrzymać kawałka w ręku i siedzieć, nie rozszerzamy diety i koniec. A jak już siedzi i chwyta pakując do buzi, to po co go niepotrzebnie ograniczać? Gadżet przeznaczony jeśli już, dla dzieci z problemami zdrowotnymi typu nadwrażliwość przełyku czy zaburzenia integracji sensorycznej;

- podgrzewane miseczki, czasami na grupie BLW pada pytanie o to, czy podgrzewać dziecku jedzenie i co jeśli je zimne? Otóż dzieci nie mają nic przeciwko jedzeniu w temperaturze pokojowej, powiem więcej takie wolą od ciepłego. Ciepłe jedzenie ma to do siebie, że lubi być za ciepłe i parzy przełyk, a dziecięcy układ pokarmowy jest przecież bardzo delikatny. Także dajmy temu jedzeniu w spokoju wystygnąć, na ciepłe posiłki przyjdzie czas jak dziecko opanuje sztućce. Także podgrzewane miseczki również wydają mi się bezcelowe, przynajmniej na początku;

- Boon squirt spoon, aż mi się nie chce tego komentować... Nie wiem, może kogoś to zachwyca, bo skraca czas karmienia do pięciu minut, ale przecież w jedzeniu nie chodzi o to, żeby jak najszybciej napchać brzuch. W BLW nie ma nawet skrawka miejsca na takie wynalazki, ale nawet mamy karmiące łyżeczką powinny się takich cudów wystrzegać moim zdaniem. Przecież dorosły nie je z pojnika, więc czemu miałoby dziecko? Posiłek to swego rodzaju celebra i tego od początku dziecko powinno się uczyć;

- miseczka niewysypka, przyda się na spacerze, więc niech pozostanie zamknięta w torbie. W kuchni lepiej jeśli dziecko nauczy się, że jeśli miskę odwróci i wszystko wyląduje na podłodze, to miska będzie pusta i nic do zjedzenia nie zostanie. Cały czas mnie zastanawia, dlaczego niektórzy tak bardzo nie chcą dzieci nauczyć praw fizyki :)

- telewizor, taki troszkę żarcik z mojej strony, ale telewizor w kuchni to zły pomysł. No, może jak musi niech już sobie w tej kuchni stoi, ale w czasie posiłku go nie włączajmy! Niech dziecko ma szansę zobaczyć co je, niech skupi uwagę na jedzeniu, nie na bajce. W końcu dietetycy od lat grzmią o tym, że świadome jedzenie to połowa sukcesu w dążeniu do kształtowania właściwych nawyków żywieniowych.


Bibliografia

25 stycznia 2015

Daktylowa nutella


Są takie dni, kiedy człowiek najchętniej pożarłby w całości tabliczkę czekolady, albo i dwie.
Są takie dni, kiedy przemożna chcica na „coś słodkiego” albo „małe Conieco” opanowuje już nie tylko cały nasz umysł, ale i każdą komórkę naszego ciała.
Są takie dni, które w całości spędzamy na dworze, grzebiąc się po czubek głowy w śniegu, a potem wracamy do domu przemarznięci i przydałoby się coś pysznego na ząb do ciepłej herbaty.
Są takie dni, w których najchętniej zapomnielibyśmy o zdrowej diecie, bo z półki sklepowej kusi piękny słoiczek z orzechami na etykietce.
Nie martwcie się, dzisiejszym przepisem poratuję was słoiczkiem pyszności, która spokojnie zastąpi dwie tabliczki czekolady, będzie wspaniałym „małym Conieco” dla najbardziej nawet wybrednych Kubusiów, wspaniale będzie się komponować z herbatą i wreszcie, będzie zdrowa i pyszna!
Domowa „nutella” czyli kakaowy krem na bazie daktyli i orzechów, zawładnął moją słodkożerną duszą, a wersja z karobem spokojnie może zagościć w diecie nawet niespełna rocznej Tosi. Uwielbiam przepisy, którymi spokojnie mogę zastąpić popularne słodkości, żeby jak to niektórzy straszą, „nie odbierać mojej córce dzieciństwa”. Też was bawi to stwierdzenie? Bo mnie wyjątkowo, jakby słodycze stanowiły jedyny sens bycia dzieckiem. Żeby jednak pozamykać wszystkie nieżyczliwe usta, można się pokusić o przyrządzenie daktylowego kremu do kanapek i naleśników, a nawet wrzucić go do słoika po nutelli i brać gości pod włos ;)
Krem jest znakomity w smaku, można go przyrządzić zarówno w wersji dla alergików bez orzechów i z karobem zamiast kakao, a także z mlekiem roślinnym zamiast krowiego. Pełna dowolność, smak za każdym razem jest tak samo wyśmienity. A teraz kilka słów wyjaśnienia odnośnie składników.

Karob

Źródło obrazka: http://przebudzmysie.pinger.pl/m/17934326

Dla tych, którzy słyszą o czymś takim po raz pierwszy – nie martwcie się, do niedawna też nie miałam pojęcia o jego istnieniu. Dziś wiem, że to bardzo dobre zastępstwo dla kakao, w przypadku alergii, która zdarza się dość często, ale nie tylko, ponieważ karob ma wiele wartości, dzięki którym może spokojnie stanąć obok kakao na kuchennej szafce w każdej kuchni (uwaga, karobu sypiemy do potraw o połowę mniej niż kakao!).
Szarańczyn strąkowy, czyli inaczej karob to gatunek zimozielonego drzewa, należący do rodziny bobowatych, występujący w regionie śródziemnomorskim. Strąki nazywane są chlebem świętojańskim, o którym pewnie spora część z was słyszała, czyli jesteśmy w domu. Nad morzem śródziemnym jest to roślina pastewna, której owoce zawierające 50% cukrów przez długi czas był głównych źródłem cukru w tamtym regionie, poszła w zapomnienie od czasu upowszechnienia się buraków i trzciny cukrowej. I to jest bardzo przyjemna wiadomość, ponieważ karob w smaku przypomina osłodzone kakao! Jednocześnie ma niską zawartość tłuszczu, jest hipoalergiczny i nie zawiera kofeiny, co w przypadku diety niemowląt jest ogromnym zatutem. Ma w zasadzie te same właściwości co kakao, tak jak ono nadaje wypiekom i polewom ciemno brązową, piękną i smakowitą barwę. Jego owoce służą w tej chwili do wyrobu syropu, albo ususzone i zmielone stanowią substytut kawy.
Z nasion wyrabia się natomiast tzw. mączkę chleba świętojańskiego (E410), jest to guma karobowa używana jako zagęszczacz, a także stosowana w cukiernictwie przyprawa. Nazwę chlebek świętojański zaś, bez trudu można znaleźć na opakowaniach karmy dla zwierząt w ogrodach zoologicznych, jest bowiem zwierzęcym przysmakiem :)
No dobrze, napisałam że to bardzo wartościowa roślina, ale teraz co dokładnie ma w środku? Po wysuszeniu w strąkach chleba świętojańskiego znajduje się 15% wody, do 70% węglowodanów (cukrów, skrobi), 4-6% białka, 1-4% tłuszczu oraz dodatkowo kwas masłowy i izomasłowy, bardzo rzadko występujące w roślinach. Ponad to jest bogaty w pektyny, śluz, garbniki, witaminy (A, B2, B3 oraz D) i sole mineralne, w których skład wchodzą wapń, fosfor, potas oraz magnez i żelazo, poza tym mikrolementy, jak: mangan, bar, miedź oraz nikiel. W przeciwieństwie do kakao nie zawiera kwasu szczawiowego zmniejszającego wchłanianie związków wapnia i cynku.
Jakby tego było mało, ma doskonałe działanie przeciwkaszlowe, syrop łagodzi i koi zaczerwienione gardło. Wywar łagodzi biegunki i pomaga w stanach zapalnych jelit i żołądka.
Dzieci mogą spożyć dziennie do 15g karobu dziennie, przy czym należy go wprowadzać stopniowo, dorośli mogą sobie pozwolić na 20g, a nawet więcej.
Na koniec ważna informacja dla odchudzających się: karob zawiera o 60% kalorii mniej niż kakao.

Daktyle
Źródło obrazka: http://mamzdrowie.pl/daktyle-wlasciwosci/

Długi czas daktyle znałam głównie z powieści, których akcja toczyła się gdzieś w krajach Bliskiego Wschodu i brzmiały mi wyjątkowo egzotycznie, tajemniczo i smakowicie. Jako już całkiem dorosła kobieta spróbowałam ich po raz pierwszy, suszonych, i wydały mi się tak potwornie słodkie, że aż niezjadliwe. Porzuciłam więc temat na kilka następnych lat, aż pojawienie się małego ludzika sprawiło, że musiałam nieco zmodyfikować, jeśli nie zrewolucjonizować, moją kuchnię. Zakupiłam więc woreczek daktyli i nie bardzo wiedząc co z nią zrobić zasięgnęłam języka u wujka google, poniżej kompilacja zdobytej przeze mnie wiedzy.
Daktylowiec właściwy to gatunek rośliny z rodziny arekowatych, potocznie znanych po prostu jako palmy. W stanie dzikim nie występuje, jest natomiast uprawiany w wielu krajach świata. U nas przede wszystkim można spotkać owoce suszone bądź świeże, choć same w sobie generalnie nie zawierają wiele wody. To właśnie chęć pozyskania daktyli jest głównym powodem uprawy palmy na świecie, są one bowiem bardzo słodkie i pożywne, o mięsistym miąższu, świetnie na dającym się do wszelkiego przetwarzania. Zawierają ponad 50% cukrów (dokładniej: 100 gramów świeżych daktyli zawiera: 20% wody, 70% węglowodanów – najwięcej ze wszystkich owoców, 7% błonnika, 2,2% białka, 0,5% tłuszczu) i są źródłem wielu minerałów (potasu, chromu i fosforu – kolejne rekordy wśród owoców, magnezu, żelaza, sodu, cynku) oraz witamin (A, C, K, PP oraz z gruby B, przy czym w zawartości witamin B2 i B3 również nie mają sobie równych wśród owoców).
Istnieją dwie odmiany daktyli: miękkie, z których wyrabia się „miód palmowy” stanowiący podstawę bardzo odżywczego chleba daktylowego; oraz twarde o dużej zawartości skrobi i te można zjadać na surowo bądź mieli się je na mąkę, z której powstaje tzw. chleb pustyni.
Daktyle, zwłaszcza świeże, obniżają poziom cholesterolu oraz cukru we krwi, są świetnym „lekiem” w profilaktyce zaparć, są doskonałą naturalną „odżywką” dla osób intensywnie uprawiających sport. I choć kiedyś mówiono, że daktyle to „bomba cukrowa”, przeprowadzone badania udowodniły, że osoby zdrowe, jedzące dziennie przez miesiąc, nawet 100g daktyli, mają stały poziom cukru we krwi, a do tego obniżył im się poziom trójglicerydów.
Daktyle zawierają ponadto kwas taninowy, który stanowi wspaniały antyoksydant, mający właściwości przeciwbólowe, przeciwzapalne, przeciwzakrzepowe i wzmacniające organizm. Zalecane są przy nadciśnieniu tętniczym, głównie dzięki szalonej zawartości potasu.
Specjalnie dla nieprzekonanych dodam, że daktyle są uważane, za wyśmienity afrodyzjak ;)

Pochłonąwszy tę sporą porcję wiedzy możemy już spokojnie przejść do wyczekiwanego przepisu, który, jak widać powyżej, ma w sobie naprawdę cenny skarb dla zdrowego organizmu. Zachęcam was gorąco do spróbowania, choć odkąd słoiczek domowej „nutelli” stoi w mojej lodówce, mam ochotę pożreć cały naraz.

 
Domowa 'nutella'
Inspirowałam się dość mocno przepisem z jadłonomii

100g daktyli
1/4 szkl. mleka roślinnego bądź krowiego
2 łyżki karobu bądź 3 płaskie łyżki kakao
0,5 szkl. nerkowców bądź orzechów laskowych
szczypta soli na czubku noża 

Daktyle wydrylować, zalać wrzątkiem i zostawić na noc. Rano odsączyć i zmiksować w całości, wlać mleko, wsypać sól i karob/kakao. Nerkowce bądź orzechy laskowe zmielić w młynku do kawy na mąkę, bądź jeśli ktoś lubi nagryźć od czasu do czasu kawałek orzecha, można zmielić nieco grubiej. Dorzucić orzechy do reszty składników i wszystko dokładnie zmieszać na krem. Składników wystarczy na zapełnienie małego słoiczka. Można przechowywać w lodówce mniej więcej przez tydzień, choć szczerze wątpię, żeby tyle przetrwała ;)
Smacznego!



Na koniec bonusowo zdjęcie tłumaczące dlaczego wpis pojawił się tak nieprzyzwoicie późno, otóż byliśmy od wczoraj w odwiedzinach u kolegi Tosi Grzesia, również dzieciaka BLW ;)


Bibliografia

23 stycznia 2015

Domowy budyń kokosowo-bananowy


Budyń, jeden z najbardziej pamiętnych smaków dzieciństwa, zaraz obok pierogów i naleśników. Dzisiaj w dobie wszelkich produktów instant kojarzony głównie z torebeczką tej czy owej firmy, z proszkiem w środku, który trzeba rozpuścić w zimnym mleku i wlać do zagotowanego. Ja jednak pamiętam jak przez mgłę budyń robiony przez moją mamę, z jajek i mąki ziemniaczanej, a do tego rozmaite owoce. Ten smak jest niezastąpiony i choć budyń instant w przygotowaniu jest szybki i łatwy, to kiedy mam chandrę, zdecydowanie wolę budyń klasyczny.
Moja dzisiejsza propozycja dostosowana jest do wrażliwych brzuszków niemowląt oraz dla osób borykających się ze skazą białkową. Zamiast mleka krowiego jest zatem mleko kokosowe, które można zakupić gotowe w puszkach czy kartonikach, bądź przygotować samodzielnie w domu (przepis zamieszczę na pewno, tak jak i na inne mleka roślinne). Jeśli aktualnie nie mamy w domu mleka kokosowego, do budyniu świetnie nadadzą się wszystkie inne mleka roślinne, a także krowie czy kozie.

 
Budyń kokosowo-bananowy
  • 1 szkl. mleka kokosowego + 2 łyżki do wymieszania z żółtkiem
  • 1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 żółtko
  • 1 banan
¾ szklanki mleka zagotować, po czym wlać do niego mąkę dokładnie wymieszaną w pozostałym mleku, cały czas szybko mieszając (przy innych mlekach roślinnych można do gotującego się mleka dodać odrobinę masła). Zdjąć mieszankę z gazu i mieszając miotełką, cieniutką stróżką wlać żółtko wymieszane z dwiema łyżkami. Kiedy wszystko się połączy, postawić jeszcze na chwilę na gazie, w tym czasie banana rozgnieść widelcem i również dodać do mieszanki. Gotować na maleńkim ogniu przez minutę. Podawać lekko przestudzone.
Smacznego!

22 stycznia 2015

W Dniu Dziadka

Dla wszystkich dziadków z głębin tosiowego serduszka najszczersze życzenia wszystkiego najlepszego!

Mam dla ciebie czekoladki dziadku!

Jak to nie dasz spróbować!?

21 stycznia 2015

Placuszki pychotne



Usmażcie babciom, dziadkom i wnuczkom placuszki! Tak, dzisiejszy i jutrzejszy dzień to idealny czas na dobrości, rozpływające się w ustach i tak smakowite, że kuchmistrz nie nadąża ze smażeniem. Poniżej moja propozycja, absolutny hit obiecany wczoraj. Już kiedyś robiłam podobne placuszki o TUTAJ, ale bez bananów i to jest ich największa wada. Banany bowiem w tych plackach robią kawał dobrej roboty, nadają niesamowity posmak i trzymają całą konstrukcję w ryzach. Źródło przepisu to grupa BLW na Twarzoksiążce, którą gorąco polecam wszystkim rodzicom aktualnym i przyszłym. Natomiast same placuszki przeznaczone są dla każdego i dużego i małego!


Placuszki pychotne

150g serka (Bieluch, President naturalny, Mój ulubiony)
jajko
3 łyżki mąki
2 banany
tłuszcz do smażenia

Banana rozgnieść, dorzucić resztę składników, dokładnie wymieszać. Nakładać na patelnię po jednej łyżce ciasta i smażyć na małym ogniu, najpierw z przykryciem, żeby ścięły się szybciej z wierzchu, po drugiej stronie już bez przykrycia.
Znakomite są same ze sobą, bez żadnych dodatków.
Smacznego!


Na koniec odpowiem na pytanie, które może się nasuwać u niektórych rodziców. Placki i naleśniki można podawać dzieciom od początku rozszerzania diety (czyli mniej więcej od końca szóstego miesiąca), natomiast skoro wprowadzamy produkty stopniowo, a zacząć najlepiej od warzyw, owoców i kasz, to czas na nabiał i jajka przychodzi znacznie później, w okolicach 7-8 miesiąca i w moim odczuciu to jest właśnie idealny moment, na zaserwowanie takich pyszności, jak opisana powyżej.



W Dniu Babci

Wszystkim babciom życzymy pyszności i mniemniuśności :)


20 stycznia 2015

Pasta z makreli vel Paprykarz


Bardzo lubię pasty na kanapki. To takie łatwe i szybkie śniadanko bądź kolacja, po prostu kroję bułkę, ładuję pastę z czubkiem i rozpływam się z zachwytu nad smakiem. Mam kilka takich pastowych hitów, które robię w domu dość często, większość da się nawet przystosować do wrażliwego podniebienia Antoniny, dzisiaj jednak mam propozycję, której przez dłuższy czas latorośl moja raczej nie dostanie, ponieważ głównym jej składnikiem jest wędzona makrela. Sama natomiast nie mogę się jej oprzeć, sprawdza się rewelacyjnie i wszyscy domownicy uwielbiają. Z podanej poniżej porcji wychodzą dwa duże słoiki i jeden mały, choć zwykle zawartość małego znika w chwilę po zrobieniu pasty.
Także dzisiaj przepis z serii bez zbędnych teorii i tylko dla dużych. Smacznego!


Pasta z makreli
  • 4 wędzone makrele
  • 2 czerwone papryki
  • 2 zielone papryki
  • 4 średnie cebule
  • 250g przecieru pomidorowego
  • ostra papryka, chili
Zdjąć skórę z makreli i dokładnie oddzielić mięso od ości. Cebulę pokroić na większą kostkę i 5 minut przesmażyć na małym ogniu, po chwili dorzucić paprykę również pokrojoną w większą kostkę. Smażyć aż papryka zmięknie (powinna być lekko al dente, żeby przy nagryzieniu „stawiała opór”). Na koniec dodać koncentrat, dobrze przemieszać i podsmażyć jeszcze ~3minuty razem. Połączyć paprykę z makrelą, dokładnie wymieszać i doprawić do smaku.
Najlepszy jest po dwóch dniach, ale rzadko udaje mu się tak długo przetrwać w lodówce ;)



18 stycznia 2015

Pierwsze "dania"


Repertuar mojej małej Truskawki powoli się poszerzał, poniżej tabelka, którą stworzyłam na nasze potrzeby, żeby ułatwić sobie obserwację jej smaków oraz ewentualnych reakcji alergicznych (pierwszy tydzień):

SIERPIEŃ
Dni
Propozycja
Co wybrała
25
marchewka + brokuł + seler + fasolka szparagowa
marchewka + seler (absolutni faworyci :)
26
marchewka + brokuł + seler + angielka
Nadal ta sama kombinacja, brokuł powolutku zaczyna próbować. Skórka z angielki – absolutny hicior.
27
marchew + seler + kalafior
Dwie pierwsze jak zawsze, kalafior po pierwszej próbie zdziwienie :)
28
brokuł + seler + marchewka
Seler i marchewka na plus.
29
makaron penne + seler + marchewka
Makaron nie podszedł za bardzo, reszta mniamuśna.
30
marchewka + pietruszka + seler
Wszystko przepyszne :)
31
ziemniak + kurczak + ogórek
Ogórek absolutnym hitem jest! Ale i kurczaczek spoko. Natomiast ziemniakiem nadal gardzi :)

Jak widać na początku królowały warzywa, owoce pojawiły się dopiero w następnym miesiącu razem ze zbożami. Przepisy na warzywa dla takiego malutkiego człowieka nie są specjalnie skomplikowane, toteż osobnego wpisu specjalnie dla nich nie ma sensu tworzyć. Ot, wystarczy pokroić warzywa w słupki/różyczki i ugotować na parze. Na początku używałam zwykłego garnka, metalowego sitka i pokrywki, później dokupiłam garnek do gotowania na parze, ale nie jest on jakoś wyjątkowo konieczny, przy czym bardzo ułatwia życie. Warzywa gotują się bardzo różnie, marchewka, seler i pietruszka potrzebują ok. 25-30 minut, żeby się ugotować do miękkości (przypominam, dla niemowlaka pierwsze warzywa powinny dać się rozgnieść językiem o podniebienie), brokułowi i kalafiorowi wystarczy tylko 20 minut, a burak potrzebuje niebotycznie dużo czasu, bo gotuje się bez mała godzinę, żeby był w miarę miękki, a i tak nie da się rozgnieść o podniebienie, więc to warzywo dla odważnych (można ewentualnie ugotować w skórce, a potem zetrzeć na tarce, w tej formie znikał z tosinej tacki w kilka minut).

 
Dzisiaj jednak chciałabym pokazać wam jedno z pierwszych dań Truskawki na słodko, to taka opcja bardziej śniadaniowo-kolacjowa bądź deserowa, bardzo prosta, co w pierwszych tygodniach jest ogromnym plusem. Jej głównym składnikiem jest królowa kasz, czyli kasza jaglana. W sumie nie znałam jej przed urodzeniem się Tosi (czemu, nie mam pojęcia O.o ), ale jest to moja absolutna miłość od pierwszego posmakowania i na pewno podzielę się z wami przepisem na moje ukochane kulki jaglano-chałwowe! Dzisiaj jednak podstawy, bo ugotowanie kaszy jaglanej wymaga pewnych zabiegów, żeby jej smak był dokładnie taki jak powinien. Na początek troszkę teorii.
Kasza jaglana, przyrządzona z łuskanego ziarna prosa, gościła na polskich stołach od wieków, to jedna z najstarszych i najzdrowszych znanych u nas kasz. Jej głównym składnikiem jest skrobia (stanowiąca ok. 65% zawartości jagły), będąca wyśmienitym źródłem energii. Kasza jaglana jest delikatniejsza od jęczmiennej i pszennej, a przy tym nie zawiera glutenu, więc jest doskonałym składnikiem diety małych dzieci oraz osób chorych na celiakię bądź na diecie bezglutenowej. Jako jedyna spośród kasz jest zasadotwórcza, co okazuje się być nieocenione, gdy w diecie dominują produkty kwasotwórcze takie jak mięso, nabiał czy pieczywo. Pomaga to w profilaktyce wielu chorób (np. nowotworowych), a także wspomaga ich leczenie (np. kandydoza). Popularne jest też stwierdzenie, że jaglanka „odśluzowuje”, co znaczy tyle, że oczyszcza organizm w czasie przeziębienia, przy katarze i mokrym kaszlu wspomaga proces pozbywania się nadmiaru śluzu. Moja mama lubi mówić, że ta kasza wyścieła żołądek i jelita jak kołderka, to dzięki dużej zawartości witamin z grupy B, które wzmacniają pracę układu pokarmowego. Jest bogata w substancje mineralne: żelazo, fosfor, wapń, lecytynę oraz krzemionkę, składnik bardzo rzadki w pożywieniu, który wzmacnia włosy i paznokcie oraz poprawia wygląd skóry.


Kaszy tej powinni się jednak wystrzegać ci, którzy mają problemy z tarczycą, zawiera bowiem w sobie związki zaburzające metabolizm jodu - goitrogeny. Raz na jakiś czas jednak także im powinna bardziej pomóc niż zaszkodzić :)
Za punkt honoru propagatorzy zdrowego żywienia powinni obrać sobie dziś nadanie kaszy jaglanej rozgłosu, by na powrót zagościła w polskich domach, szczególnie że ma bardzo uniwersalne zastosowanie i nadaje się zarówno jako składnik śniadań jak i obiadów, koktajli czy deserów
.

Kasza jaglana z musem jabłkowym

  • 0,5 szklanki kaszy jaglanej
  • 1 ¼ szklanki wrzątku
  • 1 jabłko
Kaszę prażymy na suchej patelni, na maleńkim ogniu. Z początku będzie pachnieć jak pszenica, ale podczas prażenia zapach się zmieni i zacznie bardziej przypominać orzechy. Gdy to nastąpi przerzucamy kaszę na sitko, płuczemy najpierw wrzątkiem, później zimną wodą (wszystko po to, żeby pozbyć się nieprzyjemnej goryczki), po czym wrzucamy do rondelka, zalewamy wrzątkiem i po jednorazowym przemieszaniu, gotujemy 20 minut pod przykryciem na małym ogniu. Nie podnosimy pokrywki ani nie mieszamy. Po tym czasie kasza powinna być miękka i sypka, jeśli nadal jest twarda można ją w tym samym garnku i pod przykryciem wstawić do piecyka na kolejne 20 minut, żeby „doszła”.
I teraz istnieje kilka opcji, można ją po prostu wymieszać z dżemem dobrej jakości i już. A można też jeszcze ciepłą zblendować na gładko i odstawić do przestygnięcia. Po tym czasie powinna dobrze stężeć i dać się pokroić w kosteczki. Druga opcja jest znacznie wygodniejsza dla początkujących dzieci, które nie potrafią jeszcze posługiwać się łyżeczką, a np. brzydzą się dotykać lepkiego jedzenia (takie okazy też się zdarzają).
W tym konkretnym przepisie kostki położyłam po prostu na tacce krzesełka i polałam musem jabłkowym. Do musu potrzebne jest tylko obrane i pokrojone w plasterki albo starte na tarce jabłko, które z odrobiną wody wrzucamy do garnuszka i gotujemy pod przykryciem aż się zupełnie rozpadnie i nieco ściemnieje. Pod koniec odkrywamy garnuszek, pozwalając w ten sposób odparować nadmiarowi wody.
Z czasem można do tego dania dosypać suszone owoce: śliwki, rodzynki, żurawinę, morele i posypać cynamonem. Dla dorosłych i starszych dzieci można też dosłodzić miodem.

Smacznego!



Bibliografia


13 stycznia 2015

BLW - z czym to się je?

Trudne początki młodej mamy

Od kilkudziesięciu lat w Polsce prym wjedzie jeden sposób rozszerzania diety niemowląt: dzieci karmione piersią pierwszy posiłek różny od mleka najczęściej dostają w okolicach 5-6 miesiąca, dzieci karmione butelką już w 4 miesiącu życia. Na pierwszy ogień zwykle idzie marchewka bądź jabłko starte/zgniecione/zmiksowane na gładko i podane łyżeczką. W zasadzie nic w tym złego nie ma, poza tym może tylko, że dziwne dla mnie jest zróżnicowanie rozszerzania diety pod względem rodzaju otrzymywanego mleka, i karmienie w pozycji półleżącej, bo przecież rzadko się zdarza, żeby takie maluchy potrafiły same stabilnie siedzieć. A zatem niemowlę dostaje swoją pierwszą marchewkę/jabłko i tak przez kilka dni, żeby wyeliminować możliwość alergii. W kolejnych dniach do marchewki dodaje się kolejne warzywa, pojedynczo zmieszane z marchewką, bądź podane samodzielnie. Obok są owoce w ramach deseru po obiedzie. I tak jest karmione przez najbliższych kilka miesięcy. Przeciery warzywne z wolna przeradzają się w zupy z dodatkiem żółtka jajka, mięsa, makaronu i ryżu, wszystko zwykle zmielone na gładko do postaci półpłynnej. W okolicach 8-9 miesiąca eksperci radzą już zostawiać grudki w postaci pojedynczych ziarenek ryżu czy kawałków warzyw. W okolicach roku przeciery i zupy zaczynają bardziej przypominać risotto, ale nadal mają dość niedookreślony kolor i wciąż tę samą fakturę. Po roku zaleca się już coraz grubsze kawałki aż do posiłków serwowanych całej rodzinie.
Schematy organizacji prozdrowotnych (w tym przede wszystkim WHO) są dość ogólne i pozostawiają spore pole do popisu rodzicom i opiekunom – przy czym warto zauważyć, że w kwietniu 2014 roku weszły nowe zalecenia, z którymi można się zapoznać na TEJ stronie, natomiast bardzo trafną ich interpretację znajdziecie TUTAJ. Natomiast Internet to już w moim odczuciu szaleństwo konkretności, gdzie można znaleźć rozpiskę niemalże co do godziny i mililitra posiłku. Młode mamy, w tej chwili najczęściej starające się być samodzielne, gdy przychodzi do rozszerzania diety, z jednej strony nie mogą się doczekać i ten moment przyspieszają, a z drugiej są przerażone i nie wiedzą od czego zacząć, jak, czym i w ogóle co zrobić, żeby przypadkiem nie skrzywdzić tego maleństwa, które z ogromnym poświęceniem pielęgnują – ja tak miałam i wiele znanych mi mam również (jak to mówią been there, done that). Bardzo łatwo wpaść w pułapkę schematów żywieniowych, które zalewają wręcz Internet. Wszelkie tabelki co w którym miesiącu, o której godzinie, w jakiej ilości przyprawiły mnie o zawrót głowy i choć na początku byłam podekscytowana, mój zapał z każdą chwilą słabł. Podałam pierwszą łyżeczkę marchewki, bo to było ekscytujące i nie ukrywajmy łatwe, ale nie wiedziałam co dalej. Zapewne ruszyłabym z kolejnym warzywem, gdyby nie znajomy, który wyskoczył mi z terminem BLW, o czym pisałam w poprzedniej notce. To jakoś mi uświadomiło, że zabieram się za coś, o czym nie mam zielonego pojęcia.


Podstawy rozszerzania diety niemowlęcia

Zaczęłam więc czytać i oto czego się dowiedziałam na początek:

1. Jest kilka oznak gotowości dziecka do rozszerzania jego diety, po pierwsze najlepszą pozycją do jedzenia pokarmów tzw. stałych jest pozycja siedząca. Dlatego dietę młodego człowieka powinno się rozszerzać dopiero w momencie, w którym sam stabilnie siedzi i można go posadzić w krzesełku, bądź jeśli mniej stabilnie - na kolanach opiekuna, czyli w okolicach 6-7 miesiąca. A zatem wszelkie bujaczki, odchylane krzesełka czy foteliki samochodowe idą w zapomnienie jeśli chodzi o karmienie w nich niemowlaka. Dlaczego tak? Ano, spróbujcie zjeść coś w pozycji półleżącej/półsiedzącej, nie jest to najłatwiejsze zadanie. Przede wszystkim rośnie zagrożenie, że jedzenie dostanie się tam, gdzie nie powinno i dużo łatwiej o zakrztuszenie czy zadławienie (o których na pewno napiszę całą osobną notkę). Poza tym dziecko nie umie jeszcze jeść i taka pozycja tylko utrudnia mu naukę. Oczywiście nikomu nie zabraniam robienia inaczej, wiele dzieci je w ten sposób z powodzeniem, natomiast osobiście uważam, że takie początki mają sporo minusów.

2. Drugą oznaką gotowości jest zanik odruchu wypychania języka, tak przydatny przy ssaniu, a przy jedzeniu pokarmów stałych tak bardzo upierdliwy. Cokolwiek wyląduje w buzi dziecka, od razu jest eksportowane na zewnątrz i nie ma sensu z tym walczyć, trzeba przeczekać. Odruch ten również zanika w okolicach 6 miesiąca życia.

3. Kolejną oznaką gotowości jest bezproblemowe chwytanie i wkładanie przedmiotów do buzi, co dzieci robią dość wcześnie.

4. Oznaką gotowości jest także zainteresowanie jedzeniem, choć moim zdaniem to dość mętna oznaka. Dzieci interesują się wszystkim co robią rodzice, będą się wgapiać jak jemy, chodzimy, pierzemy, zmywamy, piszemy czy używamy telefonu. I to wszystko wcale nie oznacza, że powinno dostać buty z podeszwą, proszek do prania, płyn do mycia naczyń, długopis czy smartfona do ręki :) To tylko i aż dziecięca ciekawość i pęd do odkrywania nowych rzeczy, który będzie oczywiście przy rozszerzaniu diety bardzo pomocny, ale sama nie zaliczyłabym tego do koronnych znaków, że dziecko jest na to gotowe. Samo zainteresowanie nie wystarczy.

W wieku czterech miesięcy z tego wszystkiego Tosia umiała tylko chwytać przedmioty i pakować je z lubością do buzi. Zainteresowania jedzeniem nie odnotowałam, bo rzadko nam towarzyszyła w czasie posiłków, co w tej chwili wydaje mi się sporym błędem z naszej strony, ale któż ich nie popełnia. Gdzie ja więc miałam głowę kiedy zapragnęłam zaczynać coś, na co moje dziecko nie było jeszcze gotowe? Ach te mamuśki, chciałoby się rzec, pieluszkowe odparzenie mózgu jak nic.
Zatem marchewka została odroczona o czas nieokreślony, aż odhaczymy wszystkie cztery punkty, co jak mi się wydaje pozwoliło układowi pokarmowemu małej nieco jeszcze dojrzeć. Ja natomiast miałam około dwa miesiące na przemyślenie tego, jak chcę wprowadzić małą w świat „dorosłego” jedzenia. Kompetencji nie miałam żadnych (gdyby był z tego egzamin przed zajściem w ciążę, pewnie bym go oblała...), ale za to sporo przywróconego zapału i chęci do poszerzania wiedzy.
No to skoro już wiedziałam, że nic nie wiem, musiałam to zmienić wgryzając się w teorię. Wiedzę o karmieniu łyżeczką zdobyłam szybko i miałam też niejasne przeczucie, że mój mały żarłok wchłonie wszystko co mu dam, nie ważne jaką metodą. Ale był jeszcze ten tajemniczy termin BLW, jakaś alternatywna droga, a ja lubię alternatywne drogi. Zamówiłam więc książkę Bobas Lubi Wybór i poszukałam stron internetowych, z których mogłam się w ogóle dowiedzieć o co chodzi.

BLW cóż to takiego?


BLW to skrót od terminu Baby Led Weaning, czyli w dosłownym tłumaczeniu - odstawienie mleka matki bądź modyfikowanego, kierowane przez dziecko (samoodstawienie się). Sami przyznajcie, nie jest to najchwytliwszy termin na rynku. Dlatego też wydawnictwo, które pokusiło się o wydanie książki na polskim rynku, stworzyło swoje własne rozwinięcie skrótu, czyli Bobas Lubi Wybór. W moim odczuciu jest nieco mylący i może sugerować, że dziecko zawsze ma mieć na tacce kilka dań do wyboru, a z tym wiąże się obawa, że wychowamy małego, wybrednego potworka. Tymczasem chodzi tu raczej o wybór pomiędzy stałym posiłkiem a mlekiem. Stosując metodę BLW sadzamy dziecko do wspólnego posiłku, umieszczamy mu na tacce jedzenie, sami zasiadamy do swojego posiłku i konsumujemy, patrząc uważnie, czy dziecko nie zaczyna się przypadkiem dławić, co zresztą zdarza się naprawdę rzadko. I tyle roli rodzica w całej zabawie jedzeniowej. Niektórzy powiedzą fanaberia i moda, pffff co to za pomysły, karmiłaby normalnie jak człowiek przecierkiem, pakowałaby do dzioba po bożemu, dziecko by się najadło, a nie jakieś wymysły alternatywnych mamusiek... Każdemu kto zaczyna mnie ustawiać w ten sposób odpowiadam, że to nie wymysł alternatywnych mam ze „Stanów” i nie łykam nowinek jak pelikan, tylko zdobywam rzetelną wiedzę. Metoda BLW była stosowana z powodzeniem przed erą „słoiczków”, blenderów i kaszek instant. Co prawda nasze babcie na początku wszystko gniotły widelcem i podawały na łyżeczce, ale bardzo szybko (w okolicach 7-8 miesiąca) przechodziły do podawania dzieciom jedzenia w kawałkach, o czym w tej chwili się zapomina i dzieci nawet do drugiego roku życia karmione są papkowo. Osobiście nie mam nic do karmienia łyżeczką, jeśli tylko robi się to z poszanowaniem decyzji dziecka – jeśli odwraca główkę, zamyka usta i kręci głową, nie wpycha mu się na siłę, tylko kończy posiłek – oraz jeśli w odpowiednim momencie (przed dziesiątym miesiącem) wprowadza się już jakieś kawałki do rączki.

Dość moich dywagacji, jak wygląda teoria BLW?

- dziecko do końca szóstego miesiąca życia karmione jest wyłącznie mlekiem, najlepiej mlekiem mamy, natomiast do pierwszych urodzin mleko nadal jest podstawą jego diety, a stałe pokarmy jedynie dodatkiem;
- dietę rozszerza się gdy zostaną spełnione wszystkie opisane przeze mnie wyżej warunki: siedzi stabilnie, trafia rączką do buzi, odruch wypychania języka zanikł oraz dziecko żywo interesuje się jedzeniem – jest chętne do posmakowania;
- dziecko je posiłek ze wszystkimi domownikami, przy stole, w krzesełku bądź na kolanach rodzica;


- sposób podania jedzenia dostosowany jest do możliwości dziecka, na początku najlepsze będą warzywa ugotowane na parze (miękkie na tyle, by można je było rozgnieść językiem o podniebienie, ale nie za miękkie, żeby dziecko mogło je złapać w rączkę) i pokrojone w słupki (marchewka, seler, pietruszka, ziemniak, dynia) bądź w różyczkach (brokuł i kalafior) – z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że najlepiej sprawdzają się warzywa w różyczkach, łatwo je złapać, a korona jest bardzo mięciutki i idealna do jedzenia). Jedzenie śniadaniowe typu płatki i kasze najlepiej jeśli będą ugotowane na gęsto i uformowane w kulki, dobrze sprawdzają się połączenia z bananem bądź innymi owocami. Mannę bądź jaglankę można też w łatwy sposób po ugotowaniu na gęsto ostudzić i pokroić w kostkę (kombinowane przepisy na pewno zamieszczę);
- dziecko je samo, co nie oznacza że nie wolno mu pomagać jeśli zamanifestuje taką potrzebę – można pozwolić, żeby dziecko złapało naszą rękę i zjadło, to co w niej mamy, można nabrać na łyżeczkę i pozwolić dziecku ją chwycić i włożyć sobie do buzi, tak samo z widelcem;
- pozwólmy dziecku próbować, testować i eksperymentować – większość dzieci na początku ściska jedzenie w rączkach, wyrzuca na podłogę, rozsmarowywuje na tacce – to normalny etap, który u różnych dzieci trwa różnie i rodzice niestety muszą uzbroić się w cierpliwość. Na pocieszenie dodam, że łatwiej znieść rozrzucającego jedzenie niemowlaka niż dwulatka ;)
- jedzenie podajemy na tacce (talerzyki i miseczki zwykle fruwają po kuchni), jednolity kolor tła sprawia, że jedzenie jest lepiej widoczne i ciekawsze dla dziecka. Z czasem można włączyć sztućce oraz talerze i miski, ale dopiero jak dziecko będzie gotowe (tę gotowość niestety można sprawdzić tylko metodą prób i błędów);
- dzieci lubią podjadać rodzicom z talerza, dlatego dobrze jeśli serwujemy dziecku to samo, co jemy my, bądź chociaż element naszego posiłku tak, żebyśmy mogli się z nim w każdej chwili łatwo podzielić;
- staramy się jeść zdrowo, komponować posiłki bogate w składniki odżywcze, witaminy itd. Niemowlęciu serwujemy dania bez cukru i soli – sobie możemy dosolić na talerzu bądź też zrezygnować z solenia, rafinowany cukier można zastąpić zdrowszymi odpowiednikami takimi jak syrop daktylowy (będzie przepis), stewia, owoce, dla starszych dzieci można spróbować ksylitol;
- dziecku od początku możemy podawać niemalże wszystko (wyjątki znajdziecie na końcu wpisu), to jest też duży plus późniejszego wprowadzania stałych pokarmów, starszy układ pokarmowy ma mniejsze szanse na negatywne reakcje. Poszczególne produkty wprowadzamy oczywiście powoli, nie wszystko naraz, żeby w razie czego wiedzieć, co uczula nasze dziecko (moją Tosię uczula na przykład cynamon :) ). Najlepiej jest zacząć od trzech warzyw, obserwować dziecko, po czym dodać kolejne. Doświadczenie wielu mam mówi, że dzieci łatwo akceptują smak owoców, trudniej idzie im z akceptacją warzyw, dlatego to właśnie warzywa poleca się wprowadzać jako pierwsze;
- nie zmuszamy do jedzenia! W sumie powinnam była zamieścić to na samej górze, ale już nie będą kombinować :) Sadzamy dziecko w krzesełku, dajemy mu jedzenie i obserwujemy. Jeśli dziecko zrzuci jedzenie na podłogę i na tacce nie pozostanie nic, wyjmujemy je z krzesełka i już (na początku można podać nową porcję, bo dziecko dopiero ćwiczy i wyrzucanie niekoniecznie oznacza niechęć, a prędzej nieporadność). Jeśli dziecko rozgniata jedzenie na tacce bądź w łapkach, a jest już starsze i ewidentnie widać, że nie jest już głodne, a jedynie się bawi – wyjmujemy z krzesełka. Nie wkładamy przemocą do buzi (to zasada nie tylko BLW, ale generalnie nie powinno się tak robić), nie przekonujemy, nie błagamy, nie prosimy. Jeśli dziecko nie zje ani kęsa stałego posiłku, albo tylko odrobinkę – dostaje mleko i jest najedzone.

Jakie są plusy BLW?

- dziecko poznaje smak, fakturę, ciepłotę i kolor każdego produktu w jego prawdziwej formie. Do jedzenia są zatem angażowane wszystkie zmysły (ziemniak i banan mają ten sam kolor, ale zupełnie inny smak, ogórek i brokuł mają ten sam kolor, ale jeden jest twardy, a drugi miękki, seler i pietruszka mają ten sam kolor, ale zupełnie inaczej smakują itd.);

- dziecko w niezwykły sposób ćwiczy swój aparat mowy, czyli język i szczęki, bardzo szybko uczy się żucia i gryzienia (jeśli ma z tym problem, najlepiej usiąść przed dzieckiem i zaprezentować mu, nawet w karykaturalny sposób, jak się gryzie), takie ćwiczenia pomagają także w nauce mowy;
- w bardzo prosty sposób zapewniamy dziecku ćwiczenia z małej motoryki, pięknie uczą się chwytu pęsetkowego i koordynacji oko-ręka-buzia;

- przeważnie bardzo sprawnie i szybko idzie nauka jedzenia sztućcami oraz picia z kubeczka czy przez słomkę (dziecko to mały podglądacz i naśladowca, jeśli mu pokażemy jak jeść widelcem i łyżką, szybko załapie o co chodzi – tu także ogromne znaczenie ma wspólny posiłek);

- zdrowe nawyki – przy BLW bardzo ciężko o przejadanie się (choć i takie kwiatki się zdarzają, pomocna jest tu rozwaga rodziców), niemowlęta nie wiedzą jeszcze co to takiego jedzenie z łakomstwa, dlatego osiągnąwszy punkt pełnego brzuszka, przestają jeść. Często rodzicom wydaje się, że ich dzieci są „niejadkami” albo „że się nie najadają”, „jedzą za mało”, gdy tymczasem dzieci jedzą dokładnie tyle, ile jest w stanie pomieścić ich brzuch. To jest bardzo duży minus jedzenia w zmielonej formie, dziecko jest w stanie zjeść go znacznie więcej niż jedzenia w kawałkach, znacznie łatwiej się nim przejeść i szybko rozciąga żołądek, szczególnie kiedy opiekun przekonuje dziecko do jedzenia (słynne „za mamusię, za tatusia” i wszelkie inne „samolociki”). Oczywiście nie jest to reguła, po prostu przy wyłącznym karmieniu „papkami” o to łatwiej;

- dziecko nauczy się próbowania! To bardzo ważne, ileż to razy miałam styczność z ludźmi, którzy bali się nowych smaków (sama też tak czasami mam), przyzwyczajeni do wąskiej grupy produktów i ulubionych potraw, nie chcieli wziąć do ust niczego, czego nie znali. Dzieciom BLW generalnie się to raczej nie zdarza, bo od małego są przyzwyczajane do coraz to dziwniejszych kombinacji smakowych i nowych produktów w baaaardzo różnej formie, o różnej konsystencji, kolorze itd.;

- na koniec najmniej istotny, ale ogromnie ważny dla rodzica plus, a mianowicie może on sobie spokojnie zjeść własny, ciepły posiłek! Niektóre dzieci konsumują tak długo, że rodzice zdążą jeszcze wypić kawę, pozmywać albo nadrobić zaległości prasowe.


Jakie są minusy BLW?

- bałagan, to podstawowy i największy minus tej metody. Przy daniu swobody dziecku nie jesteśmy w stanie zapobiec zniszczeniom poczynionym na krzesełku, pod nim, na ścianach, ubraniach, a nawet włosach czy plecach (true story!). Na pocieszenie z czasem jest coraz lepiej, pierwszy przełom pojawia się w okolicach 9-10 miesiąca, w tym czasie czysta pozostaje przestrzeń pod krzesełkiem. Drugi przełom pojawia się po roku, kiedy dzieci uczą się operowania sztućcami i oczyszczeniu ulega przestrzeń pod talerzem oraz generalnie czystsze jest samo dziecko i można zrezygnować z kubraczków malarskich zakładanych do posiłku :D
No i oczywiście przy BLW najlepszą "brygadę sprzątającą" stanowią dzielne czworonogi:


- obawy otoczenia, to taka niekończąca się historia. Mamy generalnie są teraz na cenzurowanym, ocenia się je z każdej strony i wymaga się dążenia do ideału. Każdy ma dla mam dobre rady, są nimi wręcz obsypywane, a każde odstępstwo od znanych schematów jest bombardowane negatywnymi komentarzami. Mama, która chce stanąć okoniem i postępować inaczej niż wszyscy, musi być twarda, cierpliwa i zdawać sobie sprawę, że będzie krytykowana. Po raz kolejny na pocieszenie: gdy zabierzecie niespełna roczne dziecko na przyjęcie do rodziny i ono będzie pięknie jadło samo, gdy tymczasem kuzyni czy rodzeństwo będą się męczyć z karmieniem swoich maluchów łyżeczką, pękniecie niemalże z dumy, a wszystkim „ciotkom dobra rada” zrzednie mina ;)

Jakie są lęki osób niezdecydowanych na tę metodę?

- przede wszystkim lęk przed zadławieniem. Ważna informacja: zadławienie zdarza się bardzo rzadko, ale jeśli się zdarzy rodzic musi wiedzieć jak reagować! To podstawa, nie istotne jaką metodę rozszerzania diety wybierzesz dla swojego dziecka, MUSISZ wiedzieć jak je ratować. Dziecko może się zadławić wszystkim, nawet papką, dławienie może się też przytrafić starszym dzieciom, a nawet dorosłym. Dlatego warto przejść się na kurs pierwszej pomocy dorosłych, niemowląt i dzieci, albo przynajmniej doszkolić się oglądając filmy na you tube. Wiedza jak reagować daje pewność siebie, pozwala na znacznie mniej emocjonalne reakcje, a przy dławieniu czy krztuszeniu się dziecka spokój to podstawa;

- nie będzie się najadało. Jak już pisałam wyżej, do roku podstawą diety dziecka jest mleko i nawet jeśli nie będzie zjadało całego posiłku stałego, albo wręcz nie zje nic, mleko zaspokoi wszystkie jego potrzeby. Szczególnie mleko mamy, które dostosowuje się do potrzeb tego konkretnego dziecka i jest inne na poszczególnych etapach jego rozwoju (co nie oznacza, że z czasem traci na wartości!);

- nie będzie szanować jedzenia. Nie oczekujmy od niemowlaka, że będzie rozumiało czym jest marchewka czy chleb i że da się tym zapełnić brzuch (dzieci rozumieją to w różnym czasie, ale najczęściej w okolicach 10 miesiąca), tym bardziej nie zrozumie, że wyrzucenie ich na podłogę to oznaka braku szacunku. Dziecko uczy się poprzez naśladowanie i obserwacje opiekunów, jeśli my nie będziemy wyrzucać ani rozgniatać jedzenia, ono także z czasem przestanie to robić (jak już zaspokoi ciekawość). Nauka szacunku do jedzenia wymaga myślenia abstrakcyjnego, które jest poza zasięgiem tak małego dziecka;

- nigdy nie nauczy się jeść sztućcami, już zawsze będzie jeść rękami. Pisałam już wyżej o tym, że dziecko uczy się poprzez obserwację i naśladowanie, jeśli rodzic będzie się posługiwał sztućcami, to i dziecko w końcu tego zapragnie i metodą prób i błędów dojdzie jak się to robi. Poza tym nie oszukujmy się, także dorosłym zdarza się jeść rękami w domowym zaciszu, a nawet w restauracji! W końcu jedzenie kanapki nożem i widelcem do najłatwiejszych zadań nie należy :)

- papkę dziecko przetrawi, kawałków nie. Rzeczywiście może tak to wyglądać, ponieważ (UWAGA podejmuję temat pieluchy!) w dziecięcej pieluszce przy BLW mamy zawsze na początku znajdują dokładnie to samo, co weszło do buzi dziecka – marchewka w kawałkach, poszarpany makaron, grudki ryżu. Mamy dzieci karmionych papkami znajdują w pieluszce zwykle papkę, czyli generalnie też dokładnie to samo, co weszło ;) Składniki odżywcze nie zmieniają się pod wpływem rozdrabniania, mogą się zmienić przy obróbce termicznej. Układ pokarmowy niemowlęcia na początku nie umie strawić jedzenia innego niż mleko i nie istotne jest jak bardzo rozdrobnione ono będzie. Dopiero z czasem organizm nauczy się jak strawić poszczególne substancje i dopiero wtedy zawartość pieluszki zacznie przypominać to, co wyrzucają z siebie dorośli;

- wychowasz małego wybrednego niejadka. Kiedy jedzenie jest elementem zabawy, a następnie przeradza się w sposób na napełnienie brzucha, cały czas będąc odkrywaniem, eksperymentowaniem i przyjemnością, zagrożenie małym niejadkiem drastycznie spada. Dzieci są bardzo różne, zdarzają się małe żarłoki pochłaniające wszystko na swojej drodze, ale też dzieci z wysublimowanym podniebieniem, smakosze lubiący pewne konkretne smaki i nic w tym złego! Dopóki dziecko nie boi się próbować nowości i jest zdrowe, nie ma się czym martwić.
Na koniec jeśli dziecko nie chce zjeść obiadu, pozwólmy mu odejść, bo może po prostu nie jest głodne, nie wpychajmy w nie słodkości „żeby tylko cokolwiek zjadło”, bo to jest właśnie idealny sposób na wychowanie małego terrorysty ;)

- będzie wybierać wyłącznie słodycze. Jeśli damy dziecku do wyboru jaglankę z owocem bądź batonika z gamą polepszaczy smaku w środku, bardzo prawdopodobne, że wybierze batonika, ale to jest zadanie rodzica, żeby żywić dziecko tak zdrowo jak umie z rozsądkiem i rozwagą. Żadna metoda żywienia dziecka nie zwalnia rodziców z myślenia! Nawyki zdobyte w pierwszych latach życia owocują na przyszłość, starsze dzieci, które nie były zatykane sztucznymi słodyczami jak był mniejsze, rzadziej wybierają niezdrowe rzeczy.


Produkty zakazane do roku bądź dłużej:

- surowe mięso i jajka;
- grzyby (nie powinno się podawać do siódmego roku życia, albo i dłużej);
- wywar z mięsa;
- wędzonki;
- miód;
- orzechów w całości (masło orzechowe można wprowadzić wcześniej jeśli nie ma alergii);
- mleka odzwierzęce (można podawać od początku przetwory mleczne: jogurty, sery oraz stosować mleko zwierzęce do smażenia naleśników/placków).

Intuicja

Na koniec najważniejsza rzecz ze wszystkich: nie ma to jak intuicja mamy! Mama zawsze wie, co dla jej dziecka będzie najlepsze i nie ma takiego człowieka na ziemi, który wiedziałby lepiej od niej co robić. Ostatnio z każdej strony próbuje się tę maminą intuicję podejść i ją zdusić w zarodku, sprawić że mamy czują się niepewne i sięgają po „mądrzejsze” źródła. Mamo nie daj się! Miej odwagę stanąć w obronie swojego dziecka i swoich poglądów oraz intuicji, nikt za ciebie tego nie zrobi. Wyrzuć mądre książki (choć przeczytać i wyciągnąć to, co ci podpasuje na pewno nie zaszkodzi, ale nie ma takiej książki z gotową receptą na wszystko), wyrzuć schematy, wyrzuć utarte ścieżki. Jedyną osobą, która ewentualnie może ci sensownie doradzić to twoja własna matka, ale nawet ona nie wie o twoim dziecku tyle co ty. Warto natomiast do wszelkich aktywności z dzieckiem zatrudnić tatę, niech też się zainteresuje rozszerzaniem diety, usiądźcie do teorii razem, poszukajcie razem, bądźcie nierozerwalnym teamem, wspierajcie się, będzie wam w ten sposób znacznie łatwiej! Mam nadzieję, że komuś dodam tym wpisem odwagi.

Wpis ten nie zastępuje opieki medycznej.



Bibliografia