10 lipca 2011

Włochy: Spaghetti alla bolognese



Spaghetti to jedna z naszych ulubionych potraw, jadamy ją bardzo często w najróżniejszych postaciach, choć furorę robi u nas klasyczna wersja bolońska. Legenda głosi, że ten specyficzny rodzaj makaronu, nazywany przez nas dzisiaj spaghetti, czyli długich i dość grubych nitek, powstał w Chinach skąd wraz z Marco Polo przybył do Wenecji, jest jednak gro ludzi, którzy twierdzą, że spaghetti panowało na włoskich stołach już w czasach Etrusków. Jako potrawa spaghetti jest jadane z dodatkiem sosu oraz posypane ostrym serem (najczęściej parmezanem), w okolicach Neapolu przy pomocy widelca i łyżki, w reszcie kraju widelca i noża.
Co do sosów największą popularnością cieszą się dwa: carbonara oraz bolognese. Pierwszy pochodzi z Rzymu i powstał dzięki pomysłowości alianckich żołnierzy w czasie II wojny światowej. Ciężkie żołnierskie życie i okrojone racje żywnościowe zmusiły ludzi do wspięcia się na wyżyny kreatywności, tak powstało połączenie boczku, żółtek, parmezanu, owczego sera, oliwy i przypraw. Drugi sos natomiast, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z miasta Bolonia na północy Włoch, a jego podstawą jest mielone mięso (najczęściej wieprzowe albo wołowe) oraz pomidory i bazylia. Można też zgodnie z własnym upodobaniem dodać do niego kiełbasę (tradycyjnie mortadelę), boczek, rozmaite warzywa, oliwki bądź czerwone wino. Największym sekretem tego sosu jest długie gotowanie, najlepiej przez 2-3 godziny i jak to zwykle bywa z sosami, najlepiej smakuje na drugi dzień, kiedy sos przejdzie smakiem wszystkich przypraw, czyli jak to się mówi "przegryzie się". Sam makaron natomiast powinien być ugotowany al dente (wł. na ząb), co oznacza, że powinien być lekko twardy, ale już nie durowy. Rozgotowanie spaghetti jest najczęstszym błędem popełnianym w trakcie przygotowywania tej potrawy.

PS. Generalnie sos boloński podaje się z makaronem wstążki, stąd nazwa spaghetti alla bolognese.


Spaghetti alla bolognese
(porcja dla 4 osób)

  • 400g makaronu spaghetti
  • 500g mielonego mięsa wieprzowego bądź wołowego
  • 400g pomidorów z puszki bądź 5 sztuk świeżych w sezonie
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 cebula
  • 1 szkl. bulionu (ja zużyłam resztkę zupy pomidorowej na prawdziwym rosole)
  • przyprawy: bazylia, sól, pieprz, ewentualnie papryka i zioła prowansalskie
  • oliwki (jeśli ktoś lubi)
  • 150g startego parmezanu

Mięso podsmażyć na patelni i przerzucić do garnka, zaraz po nich podsmażyć poszatkowaną na drobno cebulkę. W tym czasie można sparzyć pomidory, pokroić je w kostkę i wrzucić do bulionu/rosołu, podgrzać do momentu aż wszystkie pomidorki rozpadną się na jednolitą masę, która następnie należy przecisnąć przez sitko do garnka z mięsem. Jeśli chodzi o pomidory z puszki, wystarczy je po prostu przecisnąć przez sitko dolewając bulion. Dodać czosnek i przyprawić, można też wrzucić oliwki. Sos powinien długo stać na leciutkim gazie, jak pisałam wyżej najlepiej 2-3 godziny, żeby się dobrze przegryzł. Makaron wrzucić do wrzącej wody z dodatkiem soli, należy robić to powoli, żeby nitki się nie połamały. Gotować przez 8-10 minut, aż makaron będzie al dente, dobrze odsączyć na durszlaku (tego makaronu nie należy polewać zimną wodą!). Podawać z sosem bolońskim posypanym startym serem, najlepiej parmezanem.
Smacznego!

08 lipca 2011

Lektura na lato

Mam dla Was propozycję lektury na lato, moja prywatna recenzja tej pozycji pojawi się na blogu za jakiś czas, kiedy tylko uda mi się ją pochłonąć. Tym, co mnie w niej zaciekawiło jest przede wszystkim postać głównego bohatera, który łączy w sobie kryminalne zacięcie z kucharską pasją. Czuję z nim pokrewieństwo dusz jeszcze zanim otworzyłam książkę!
Tymczasem zapraszam Was do obejrzenia spotu reklamującego książkę, oraz przeczytania krótkiego tekstu, którym Piotr Kofta opisał "Długi weekend" Wiktora Hagena:

"Komisarz Nemhauser, 36-letni policjant z wydziału kryminalnego warszawskiej policji, to gliniarz intelektualista, uważany przez swoich neandertalskich kolegów z firmy za ekscentryka. Gdybyż wiedzieli, czym komisarz zajmuje się po godzinach oprócz wychowywania temperamentnych bliźniaków... Otóż Nemhauser gotuje, choć tylko na gościnnych występach w knajpie swojego znajomego. To żadna ujma - ostatecznie Kurt Wallander był koneserem opery"

Sałatka hawajska


Dziś ostatnia spośród moich propozycji imprezowych (w najbliższej przyszłości pojawią się już włoskie przepisy na spaghetti bolognese, biscotti/cantuccini oraz focaccię). Będzie to potrawa uznawana u mnie w domu za absolutny rarytas, już nawet nie pamiętam skąd wytrzasnęłyśmy z mamą i siostrą przepis, wiem tylko, że gości u nas niemalże na każdej imprezie. Cóż to takiego? Otóż my nazywamy ten przysmak sałatką hawajską, choć w wielu przepisach kryjących się pod tą nazwą nie znalazłam "swoich" składników. Te, które pojawiają się w internecie zazwyczaj zawierają ryż, albo brakuje im czegoś, bez czego według mnie sałatka straciłaby sporą część smaku. To zamknięta całość, sałatka perfekcyjna, którą mogłabym jeść codziennie w ogromnych ilościach. Cudownie prezentuje się w wytrawnych babeczkach, ale równie dobrze można ją podać w ogromnej misie, żeby każdy mógł sobie nałożyć ile mu się podoba. Zawsze znika jako pierwsza, w ciągu kilku godzin od przygotowania. Szczerze i z całego serca polecam ją każdemu, niech ostatecznym argumentem będzie to, że generalnie nie przepadam za połączeniem mięsa z owocami (np. schab ze śliwką czy pierś z kurczaka z ananasem), ale w tej sałatce dałabym się za nie pokroić. Dziwne, prawda? Coś wyjątkowego musi w niej po prostu być!
 

Sałatka hawajska

  • 1 ugotowana pierś z kurczaka
  • 1 puszka kukurydzy
  • 1 puszka ananasa
  • 100g rodzynek
  • 100g orzechów włoskich
  • 1 pęczek natki z pietruszki
  • majonez
  • pieprz i sól

Pierś z kurczaka pokroić w kosteczkę, kukurydzę odsączyć i dorzucić do kurczaka, ananasa pokroić w wąskie słupki (jeden krążek na ok. 8-10 słupków), dorzucić rodzynki, orzechy poszatkować na drobno, podobnie jak natkę z pietruszki. Wszystko ląduje w jednej, wielkiej misce, dodać majonez, ile kto lubi, doprawić i porządnie wymieszać.
PS. Ilość składników jest orientacyjna, sałatka nie traci na smaku, jeśli czegoś doda się więcej lub mniej, ważne żeby było w niej choć trochę każdego ze składników.
Smacznego!
 

07 lipca 2011

Sernik Teściowej


Wczoraj prezentowałam przepyszne Orzechowe muffinki oraz Białą Pavlovą, dziś natomiast chciałam Wam zaproponować najlepszy sernik na świecie, który ja nazywam Sernikiem Teściowej, ponieważ przepis dostałam od mamy M. Powiem Wam w sekrecie, że ten sernik to uzależnienie, przez całe święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc (system wymiany świątecznej, pierwszy rok to Wielkanoc u mnie a Boże Narodzenie u M., w tym roku odwrotnie, działa!) odżywiałam się prawie wyłącznie tym sernikiem, mam wrażenie, że zjadłam ponad połowę blaszki, ale nikt mnie nie powstrzymywał, więc nie mam wyrzutów sumienia. Wydaje mi się, że to przepis idealny, choć można go różnie modyfikować, zależnie od własnych upodobań. Można polać polewą czekoladową, albo posypać wiórkami kokosowymi, do masy serowej można dodać rodzynki, a jeśli ktoś nie lubi, brzoskwinie. W każdym razie to taka moja baza sernikowa, wstęp do eksperymentów, który już sam w sobie smakuje niczym niebo.
Przepis dodaję do akcji sernikowej zorganizowanej przez Zaytoon na blogu Cynamon i oliwka.


Sernik Teściowej


  • 3 szkl. mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3/4 szkl. cukru
  • 200g masła
  • 4 żółtka
  • 3 łyżki kwaśnej śmietany
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1kg sera półtłustego
  • 5 jajek
  • 1 szkl. cukru pudru
  • 100g roztopionego masła
  • 1/2 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 budyń śmietankowy
  • 1/2 opakowania przyprawy SERNIX
  • kilka kropel aromatu rumowego
  • polewa czekoladowa/wiórki kokosowe
  • rodzynki/brzoskwinie

Przygotować kruchy spód: mąkę wymieszać z proszkiem, cukrem i solą, dodać masło i posiekać je na drobno, dodać żółtka i śmietanę, po czym szybko zagnieść gładkie ciasto. Zbitą kulkę zawinąć w folię spożywczą i włożyć do lodówki na 1h. Blachę wysmarować tłuszczem i obsypać bułką tartą, wyłożyć na nią ciasto i dokładnie rozciągnąć na całym dnie (1/3 można odłożyć na kruszonkę). Podpiec 20 minut w 180 C.
W tym czasie oddzielić białka od żółtek, żółtka utrzeć z serem, a białka ubić na sztywną pianę. Do masy żółtkowo-serowej delikatnie wmieszać pozostałe składniki, na końcu dodać pianę z białek oraz ewentualnie wybrane przez siebie składniki, np. opakowanie rodzynek lub puszkę odsączonych i pokrojonych w kostkę brzoskwiń. Gotową masę wyłożyć na podpieczony spód i wstawić do piekarnika, temperatura nadal powinna wynosić 180 C. Piec ~50 minut.

PS. Moja mama bardzo często przed włożeniem do piekarnika ubijała jeszcze pozostałe z wyrobu ciasta białka na gęstą pianę, z dodatkiem 1/2 szklanki cukru pudru. Pianę wykładała na masę serową i posypywała kruszonką.
Smacznego!


06 lipca 2011

Orzechowe muffinki i Biała Pavlova


Upiekłam wczoraj Focaccię z oliwkami i cebulką, w sumie wyszły mi trzy placuszki i miałam zamiar cyknąć im dziś zdjęcia, a przynajmniej jednej. Niestety zniknęły zanim zdążyłam chwycić za aparat... M. capnął dwie do pracy na śniadanie i drugie śniadanie, a ja capnęłam trzecią na śniadanie, wiem że to pewna niekonsekwencja z mojej strony, ale ten placuszek taaak na mnie patrzył i łypał oliwkami, że tylko kamień by się nie skusił. W związku z tym przepisu dziś nie będzie, może w przyszłym tygodniu się uda, w zamian proponuję tym razem coś niewłoskiego, ale obiecanego. Mianowicie desery, które zaserwowałam rodzinie w czasie małego przyjątka po ślubie cywilnym.
 Dziś dwie moje propozycje, przepyszna Beza Pavlovej, której jestem fanką, choć za każdym razem coś mi w niej szwankuje oraz rewelacyjne cupcake skopiowane bezlitośnie po smaku z Orzechowej Muffinki w Cupcake Corner. Szczególnie dumna jestem z tej drugiej pozycji, ponieważ porządnie się naszukałam zanim znalazłam odpowiedni przepis (przy czym uległ on też drobnej modyfikacji, a jakże!), przy czym przepisy na polskich stronach zazwyczaj przypominały mi przepisy na dość ciężkie i twarde muffinki, na które przepis już znam. Poniższy przepis natomiast znalazłam na stronie brytyjskiej, wyszły leciutkie jak chmurka albo ptasie mleczko, delikatne i baaaaaardzo czekoladowe. Zarówno moja rodzina, jak i rodzina M. były nimi oczarowane i choć spodziewałam się, że kilka cupcaków zostanie, ponieważ zrobiłam ich stanowczo za dużo, to wszystkie zniknęły, nie został po nich nawet okruszek.


Orzechowa muffinka
(na ok. 12 sztuk)
  • 200g masła
  • 50g gorzkiej czekolady
  • 1/2 szkl. kakao
  • 3/4 szkl. mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 1/2 szkl. cukru pudru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 szkl. śmietany 18%

W rondelku na parze roztopić masło z czekoladą i kakaem, odstawić do ostygnięcia. Piekarnik rozgrzać do 180 C. Mąkę wymieszać z sodą i proszkiem do pieczenia, jajka ubić z cukrem, wanilią i solą, aż w pełni się połączą. Do mikstury dodać schłodzoną mieszankę czekoladową, wsypać 1/3 mąki i dokładnie wymieszać, wlać śmietanę, a kiedy się połączą na gładką masę, dosypać resztę mąki. Wlać do papilotek w foremkach, do ok. 3/4 wysokości. Piec 18-20 minut.

Frosting


  • 150g mascarpone
  • 2-3 łyżki masła orzechowego
  • 2-3 łyżeczki cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki zapachu waniliowego

Wszystkie składniki wystarczy dokładnie wymieszać lub zmiksować na gładko.


Pralinki z masłem orzechowym
  • 100g mlecznej czekolady
  • 50 g masła orzechowego
  • foremka silikonowa do kostek lodu lub czekoladek




Czekoladę rozpuścić na parzę (umieścić ją w metalowej misce i postawić na wypełnionym do 1/3 wodą garnku, postawić na gazie i gotować dopóki czekolada się nie rozpuści). Wlać po pół łyżeczki do każdego otworu w silikonowej foremce, odwrócić i lekko strzepnąć, żeby czekolada pokryła ścianki otworków. Wyrównać warstwę czekolady pędzelkiem, żeby nie było dziur. Wstawić na 5 minut do zamrażarki, po tym czasie poprawić warstwę czekolady i do każdej pralinki włożyć po ~1/2 łyżeczki masła orzechowego i przykryć pozostałą czekoladą. Wstawić do zamrażarki na kolejne 5 minut. Po wyjęciu delikatnie wycisnąć każdą pralinkę.
Smacznego!






Biała Pavlova
  • 6 białek
  • 300 g miałkiego cukru
  • 1 łyżeczka skrobi kukurydzianej (można zastąpić ją skrobią ziemniaczaną)
  • 1 łyżeczka białego octu winnego
  • 500 ml śmietany kremówki (choć uważam, że połowa w zupełności wystarczy :)
  • owoce sezonowe

Białka ubić na sztywno. Pod koniec ubijania dodać po łyżce miałkiego cukru, łyżeczkę mąki kukurydzianej/ziemniaczanej i łyżeczkę octu.
 Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia lub folią aluminiową. Wyłożyć na blachę masę białkową, można sobie pomóc rysując na papierze okrąg o średnicy ~25 cm. Piekarnik nagrzać do 180 C i wstawić do środka bezę, po 5 minutach skręcić temperaturę do 150 C. Piec 1,5 godziny i po tym czasie, wyłączywszy grzanie, uchylić lekko drzwiczki, pozostawić tak aż do wystudzenia. Następnie położyć bezę dnem do góry na blacie i zerwać papier/folię aluminiową, ponownie obrócić bezę i na wierzch wyłożyć ubitą kremówkę (w czasie ubijania można do śmietanki dodać dwie łyżeczki cukru i sok z połowy cytryny). Udekorować owocami sezonowymi, w moim przypadku były to maliny, które idealnie komponowały z całością.
Smacznego!



03 lipca 2011

Włochy: Bruschetta



Za oknem iście niewakacyjna plucha, a u mnie bazylia na parapecie pachnie na potęgę, wprowadzając do naszego domu bardzo włoski klimat. Jak już Was przestrzegałam wraz z pierwszymi dniami lipca zawitała u nas kuchnia włoska, jedna z najbardziej inspirujących jaki znam, otwarta na wszelkie wariacje i szaleństwa kulinarne, pachnąca letnim deszczem, pełna toskańskiego słońca i tonąca w aromacie wytrawnego wina. Tym co charakteryzuje włoskie dania jest ogromna wręcz ilość warzyw i przypraw, przede wszystkim bazylii, ale także pieprzu, oregano, tymianku i estragonu. Przy niemalże każdej okazji włosi używają serów, a przede wszystkim parmezanu, sera bardzo ostrego w smaku i jak to mówi mój M. "przyjemnie drażniącego rozleniwione kubki smakowe". Z innych popularnych elementów mogłabym wymienić oliwę z oliwek, którą używamy niemalże do wszystkiego, podobnie z resztą jak pomidory i czosnek, kolejne podstawowe elementy włoskiego posiłku, zatem jest to jedna z najbliższych naszemu sercu kuchni. Zamiast przysłowiowej wisienki na torcie, włosi użyliby oliwki na szczycie spaghetti bolognese, a zamiast dwóch kropli wody bylibyśmy podobni niczym dwa kawałki pizzy.
Wiele razy słyszałam, że włosi są bardzo podobni do polaków, tak samo żywiołowi, szczerzy aż do bólu i mocno przywiązani do rodziny. Włosi tak samo jak my toną w dziesiątkach różnych podatków, ich urzędy są tak samo powolne jak nasze (nie bez powodu mówi się o strajku włoskim), a żeby coś załatwić trzeba się wykazać nie tylko anielską cierpliwością, ale także sprytem, urokiem osobistym i ogromnym szczęściem. Jedyne co według mnie różni włochów od polaków, poza może opalenizną, jest miłość do kawy. Statystyczny polak pija kawę, owszem, ale jest to albo PRLowska zalewajka (tzw. fusiasta kawa), albo kawa rozpuszczalna. Ja już od dawna nie znam smaku powyższych, mój M. jest wielkim kawoszem, we włoskim stylu, zna mnóstwo rodzajów kawy i sposobów ich podania, a ja powolutku łapię bakcyla. Mamy w swym posiadaniu dwie kawiarki, które często jeżdżą z nami na różne wyjazdy (obu parom rodziców zakupiliśmy już ich własne kawiarki, żeby było wygodniej). Pierwsza była prezentem jaki mój M. dostał na szóste urodziny, tak, dobrze widzicie, szóste :D Mój M. ma tego pecha, albo szczęście, że urodził się 29 lutego i najbliższe urodziny - w przyszłym roku - będą jego siódmymi. Można w niej przygotować klasyczne espresso. Natomiast drugą nazywamy potocznie Mućką, ponieważ jest biała w czarne łaty i można w niej przygotować prawdziwe capuccino. Każdemu wielbicielowi kawy polecam zakup kawiarki, jest to dobra inwestycja, szczególnie dla kogoś, kto nie bardzo ma fundusze na obrzydliwie drogie ekspresy ciśnieniowe.


Po tym krótkim wprowadzeniu czas na moją dzisiejszą, słoneczną propozycję, aby pod koniec weekendu dobrze Was nastroić przed nadchodzącym tygodniem. Proszę Państwa, oto Bruschetta! Przepyszna wersja bagietki z pomidorami, czosnkiem i bazylią. Same podstawowe dla włochów produkty. Przepis na bagietki, które widać na zdjęciach znajdziecie tutaj, bardzo gorąco je polecam, przy odrobinie wprawy zaczynają wychodzić bardziej niż rewelacyjne, a na pewno zdrowsze i smaczniejsze niż w markecie.


Bruschetta

  • 1 bagietka
  • 4 pomidory
  • 3 ząbki czosnku
  • kilka listków świeżej bazylii
  • zioła prowansalskie
  • sól
  • pieprz
  • oliwa z oliwek

Bagietkę pokroić na kromki, każdą polać delikatnie oliwą, można też po prostu skropić lub rozprowadzić nożem, i podsmażyć na złoty kolor na patelni (z racji tego, że nasza bagietka była ledwo co upieczona, pominęliśmy ten fragment, smażenie byłoby bowiem straszliwą profanacją :). Pomidory sparzyć i obrać ze skórki, pokroić w średniej wielkości kostkę, dodać poszatkowaną drobno bazylię, sprasowany czosnek i porządnie doprawić. Mieszankę pomidorową układać na kromkach bagietki i wcinać ze smakiem!
Smacznego!


01 lipca 2011

Francja: Croissanty


Jest już co prawda pierwszy dzień lipca i ostatni francuski przepis powinien pojawić się wczoraj, ale niestety zabrałam się za pieczenie trochę za późno i z racji niezbyt ładnej pogody światło o 20:00 kompletnie nie nadawało się do robienia zdjęć. Zatem ostatni przepis kuchni francuskiej, swoiste podsumowanie i zamknięcie całości, pojawia się dziś. Moją ostatnią francuską propozycją jest specjał śniadaniowy, bez którego zupełnie nie wyobrażam sobie paryskiego poranka. Moje niestety nie wyglądają tak, jak bym tego chciała, za mała wprawa, ale smakują i tak wyśmienicie. Przepis mam od dawien dawna, ale croissanty piekłam dopiero drugi raz w życiu i przyznam się z lekkim rumieńcem na twarzy, że za pierwszym razem wyszły lepiej. Widocznie szczęście początkującego po raz kolejny dało o sobie znać.
Przepis jak zwykle u mnie pojawi się na końcu, teraz natomiast garstka przemyśleń na temat przeznaczenia, krótki felietonik, którym mam nadzieję wkupię się w łaski redaktorów portalu LubimyCzytać.pl :]
 Czy wierzę w to, że moje życie jest zdeterminowane, że istnieje ktoś/coś (np. demon Laplace'a), kto/co zna moje przeznaczenie? Musiałabym być chyba szalona, by w to wierzyć. Przede wszystkim dlatego, że determinizm jest filozofią bardzo depresyjną i przygnębiającą. Pomyślmy sobie, że możemy się w jakiś sposób dowiedzieć co nas czeka i jest to taki jakby "wyrok", nieodwołalna prawda o całym naszym życiu, którą nie bardzo jesteśmy w stanie zmienić. Każdy nasz krok został wyliczony, doprowadził do niego skomplikowany system zdarzeń, przewidzianych, znanych, oczywistych. Ktoś wie jak będzie wyglądało nasze życie i odpowiednio nim kieruje, wie z kim powinniśmy się spotkać, kogo pokochamy, gdzie będziemy pracować, czy odniesiemy sukces czy nie, taki wszechwiedzący i wszechobecny narrator, mistrz marionetek... Smutne to i przerażające, tak wiedzieć wszystko i nie dać się niczym zaskoczyć. W wierze w przeznaczenie nie ma miejsca na niespodzianki, na czystą radość z nieznanego, na spontaniczność i oczekiwanie na to, co nas jeszcze może spotkać. Oczywiście gdybyśmy to przeznaczenie znali :] Mam kilku znajomych, którzy są święcie przekonani, że kieruje nimi jakaś nieznana siła, nazwijmy ją przeznaczeniem, i planuje każdy ich ruch, żeby doprowadzić ich do upragnionego celu. Kiedy dyskutujemy na ten temat dowodzą mi, że gdyby nie seria różnych, niezależnych od siebie zdarzeń, nigdy byśmy się nie poznali, nigdy nie stalibyśmy w tym punkcie, w którym jesteśmy. I dobrze, rzeczywiście, zgadzam się z tą teorią, mam tylko inne zdanie na temat ścisłego związku między przyczyną a skutkiem. To, że seria zdarzeń układa się w idealnie dopasowaną układankę, nie musi od razu oznaczać, że ktoś ją ułożył. To nasze decyzje pasują do siebie, gdybyśmy podjęli inne, wylądowalibyśmy prawdopodobnie w zupełnie innym miejscu, a zdarzenia i tak by do siebie idealnie pasowały.
Lubię myśleć, że mam możliwość wyboru, że mogę zdecydować w jakim kierunku pchnę swoje życie, lubię snuć plany, które układam ze swoja drugą połówką i być zaskoczoną - czasem mile, czasem nie - niespodziewanymi wydarzeniami. Lubię byś spontaniczna i mieć wewnętrzne przekonanie, że właśnie zrobiłam coś nieprzewidywalnego, o czym nikt inny nie wiedział, że zrobiłam to sama, z własnej woli i tym małym czymś zmieniłam bieg nie tylko swojego życia, ale też życia innych. Mój pan M. jest zwolennikiem teorii światów równoległych, gdzie w każdym świecie podejmowaliśmy różne decyzje i poprowadziły nas one w zupełnie innym kierunku. Przy każdej decyzji nasz świat się rozwarstwia i każda wersja nas samych rusza w swoją stronę ku nieznanej przyszłości. Choć jak pisałam wcześniej wolę myśleć, że wszystko zależy od moich decyzji, chciałabym kiedyś zobaczyć jak potoczyłyby się moje losy, gdybym podjęła inną decyzję, gdybym nie wyjechała na konwent fantastyki i nie poznała mojego M., gdybym nie studiowała psychologii, gdybym postąpiła zgodnie z oczekiwaniami mojego taty, gdybym bardziej zdecydowanie dążyła do publikacji swoich opowiadań, gdybym któregoś dnia wyszła z domu zamiast w nim zostać, lub innego została zamiast wyjść. Wydaje mi się to dużo ciekawsze niż teoria według której losy całego świata znajdują się na jednej i tej samej ścieżce i nie ma więcej możliwości. W końcu pień wygląda dużo nudniej niż drzewo z ogromną koroną o poplątanych dziko gałęziach, między którymi dzieje się mnóstwo tajemniczych rzeczy :]


Croissanty
(przepis na ok. 12 dużych sztuk)
  • 350g masła
  • 50g cukru pudru
  • 30g oleju
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 jajka
  • 50g drożdży
  • 200ml mleka
  • 500g mąki pszennej
  • 1 żółtko do smarowania

Masło dobrze schłodzić, poczym włożyć pomiędzy folię spożywczą i rozbić wałkiem na cieniutki placuszek, w tej formie po znów umieścić w lodówce. W ciepłym mleku rozpuścić drożdże, dodać cukier, olej, cól, jajką i mąkę. Bardzo delikatnie wyrobić gładkie ciasto. Rozciągnąć i rozwałkować tak by boki ciasta miały po 40 cm. Masło ułożyć po środku ciasta i złożyć równiutko boki tak, by na siebie nie nachodziły (coś jak drzwi z dwoma skrzydłami), masło musi być szczelnie zamknięte pomiędzy warstwami ciasta. Rozwałkować podsypując co jakiś czas odrobiną mąki, aż osiągnię grubość około 1 cm. Następnie zwinąć jeszcze raz w podobny sposób jak wcześniej i powstały w ten sposób wąski prostokąt złożyć jeszcze raz jak duskrzydłowe drzwi. Może to brzmieć skomplikowanie, ale myślę, że sporą pomocą będzie film na youtube.com, zawsze łatwiej mi się coś robi, jeśli to zobaczę, a nie tylko przeczytam. Zwinięte ciasto owinąć folią i na 30 minut włożyć do lodówki. Po wyjęciu znów rozwałkować i powtórzyć zwijanie ciasta, po czym włożyć z powrotem do lodówki na 30-60 minut. Czynność powinno się powtórzyć 3-4 razy. Gotowe ciasto przekroić w połowie i każdą połówkę rozwałkować w długi prostokąt, jak najcieńszy, najlepiej ~0,5 cm. Każdy prostokąt podzielić na w miarę równe trójkąty. Umieścić farsz u podstawy trójkąta (ja dodałam nutellę), przeciąć podstawę na długość ~0,5 cm i otulić nią farsz, tak by dwa końce podstawy były ładnie rozłożone na boki i zwinąć w rogalika, przytrzymując czubek trójkąta, lekko go przy tym rozciągając w czasie zwijania. Pieczemy 20-25 minut w 180 C, na złoty kolor.
Smacznego!