21 stycznia 2015

W Dniu Babci

Wszystkim babciom życzymy pyszności i mniemniuśności :)


20 stycznia 2015

Pasta z makreli vel Paprykarz


Bardzo lubię pasty na kanapki. To takie łatwe i szybkie śniadanko bądź kolacja, po prostu kroję bułkę, ładuję pastę z czubkiem i rozpływam się z zachwytu nad smakiem. Mam kilka takich pastowych hitów, które robię w domu dość często, większość da się nawet przystosować do wrażliwego podniebienia Antoniny, dzisiaj jednak mam propozycję, której przez dłuższy czas latorośl moja raczej nie dostanie, ponieważ głównym jej składnikiem jest wędzona makrela. Sama natomiast nie mogę się jej oprzeć, sprawdza się rewelacyjnie i wszyscy domownicy uwielbiają. Z podanej poniżej porcji wychodzą dwa duże słoiki i jeden mały, choć zwykle zawartość małego znika w chwilę po zrobieniu pasty.
Także dzisiaj przepis z serii bez zbędnych teorii i tylko dla dużych. Smacznego!


Pasta z makreli
  • 4 wędzone makrele
  • 2 czerwone papryki
  • 2 zielone papryki
  • 4 średnie cebule
  • 250g przecieru pomidorowego
  • ostra papryka, chili
Zdjąć skórę z makreli i dokładnie oddzielić mięso od ości. Cebulę pokroić na większą kostkę i 5 minut przesmażyć na małym ogniu, po chwili dorzucić paprykę również pokrojoną w większą kostkę. Smażyć aż papryka zmięknie (powinna być lekko al dente, żeby przy nagryzieniu „stawiała opór”). Na koniec dodać koncentrat, dobrze przemieszać i podsmażyć jeszcze ~3minuty razem. Połączyć paprykę z makrelą, dokładnie wymieszać i doprawić do smaku.
Najlepszy jest po dwóch dniach, ale rzadko udaje mu się tak długo przetrwać w lodówce ;)



18 stycznia 2015

Pierwsze "dania"


Repertuar mojej małej Truskawki powoli się poszerzał, poniżej tabelka, którą stworzyłam na nasze potrzeby, żeby ułatwić sobie obserwację jej smaków oraz ewentualnych reakcji alergicznych (pierwszy tydzień):

SIERPIEŃ
Dni
Propozycja
Co wybrała
25
marchewka + brokuł + seler + fasolka szparagowa
marchewka + seler (absolutni faworyci :)
26
marchewka + brokuł + seler + angielka
Nadal ta sama kombinacja, brokuł powolutku zaczyna próbować. Skórka z angielki – absolutny hicior.
27
marchew + seler + kalafior
Dwie pierwsze jak zawsze, kalafior po pierwszej próbie zdziwienie :)
28
brokuł + seler + marchewka
Seler i marchewka na plus.
29
makaron penne + seler + marchewka
Makaron nie podszedł za bardzo, reszta mniamuśna.
30
marchewka + pietruszka + seler
Wszystko przepyszne :)
31
ziemniak + kurczak + ogórek
Ogórek absolutnym hitem jest! Ale i kurczaczek spoko. Natomiast ziemniakiem nadal gardzi :)

Jak widać na początku królowały warzywa, owoce pojawiły się dopiero w następnym miesiącu razem ze zbożami. Przepisy na warzywa dla takiego malutkiego człowieka nie są specjalnie skomplikowane, toteż osobnego wpisu specjalnie dla nich nie ma sensu tworzyć. Ot, wystarczy pokroić warzywa w słupki/różyczki i ugotować na parze. Na początku używałam zwykłego garnka, metalowego sitka i pokrywki, później dokupiłam garnek do gotowania na parze, ale nie jest on jakoś wyjątkowo konieczny, przy czym bardzo ułatwia życie. Warzywa gotują się bardzo różnie, marchewka, seler i pietruszka potrzebują ok. 25-30 minut, żeby się ugotować do miękkości (przypominam, dla niemowlaka pierwsze warzywa powinny dać się rozgnieść językiem o podniebienie), brokułowi i kalafiorowi wystarczy tylko 20 minut, a burak potrzebuje niebotycznie dużo czasu, bo gotuje się bez mała godzinę, żeby był w miarę miękki, a i tak nie da się rozgnieść o podniebienie, więc to warzywo dla odważnych (można ewentualnie ugotować w skórce, a potem zetrzeć na tarce, w tej formie znikał z tosinej tacki w kilka minut).

 
Dzisiaj jednak chciałabym pokazać wam jedno z pierwszych dań Truskawki na słodko, to taka opcja bardziej śniadaniowo-kolacjowa bądź deserowa, bardzo prosta, co w pierwszych tygodniach jest ogromnym plusem. Jej głównym składnikiem jest królowa kasz, czyli kasza jaglana. W sumie nie znałam jej przed urodzeniem się Tosi (czemu, nie mam pojęcia O.o ), ale jest to moja absolutna miłość od pierwszego posmakowania i na pewno podzielę się z wami przepisem na moje ukochane kulki jaglano-chałwowe! Dzisiaj jednak podstawy, bo ugotowanie kaszy jaglanej wymaga pewnych zabiegów, żeby jej smak był dokładnie taki jak powinien. Na początek troszkę teorii.
Kasza jaglana, przyrządzona z łuskanego ziarna prosa, gościła na polskich stołach od wieków, to jedna z najstarszych i najzdrowszych znanych u nas kasz. Jej głównym składnikiem jest skrobia (stanowiąca ok. 65% zawartości jagły), będąca wyśmienitym źródłem energii. Kasza jaglana jest delikatniejsza od jęczmiennej i pszennej, a przy tym nie zawiera glutenu, więc jest doskonałym składnikiem diety małych dzieci oraz osób chorych na celiakię bądź na diecie bezglutenowej. Jako jedyna spośród kasz jest zasadotwórcza, co okazuje się być nieocenione, gdy w diecie dominują produkty kwasotwórcze takie jak mięso, nabiał czy pieczywo. Pomaga to w profilaktyce wielu chorób (np. nowotworowych), a także wspomaga ich leczenie (np. kandydoza). Popularne jest też stwierdzenie, że jaglanka „odśluzowuje”, co znaczy tyle, że oczyszcza organizm w czasie przeziębienia, przy katarze i mokrym kaszlu wspomaga proces pozbywania się nadmiaru śluzu. Moja mama lubi mówić, że ta kasza wyścieła żołądek i jelita jak kołderka, to dzięki dużej zawartości witamin z grupy B, które wzmacniają pracę układu pokarmowego. Jest bogata w substancje mineralne: żelazo, fosfor, wapń, lecytynę oraz krzemionkę, składnik bardzo rzadki w pożywieniu, który wzmacnia włosy i paznokcie oraz poprawia wygląd skóry.


Kaszy tej powinni się jednak wystrzegać ci, którzy mają problemy z tarczycą, zawiera bowiem w sobie związki zaburzające metabolizm jodu - goitrogeny. Raz na jakiś czas jednak także im powinna bardziej pomóc niż zaszkodzić :)
Za punkt honoru propagatorzy zdrowego żywienia powinni obrać sobie dziś nadanie kaszy jaglanej rozgłosu, by na powrót zagościła w polskich domach, szczególnie że ma bardzo uniwersalne zastosowanie i nadaje się zarówno jako składnik śniadań jak i obiadów, koktajli czy deserów
.

Kasza jaglana z musem jabłkowym

  • 0,5 szklanki kaszy jaglanej
  • 1 ¼ szklanki wrzątku
  • 1 jabłko
Kaszę prażymy na suchej patelni, na maleńkim ogniu. Z początku będzie pachnieć jak pszenica, ale podczas prażenia zapach się zmieni i zacznie bardziej przypominać orzechy. Gdy to nastąpi przerzucamy kaszę na sitko, płuczemy najpierw wrzątkiem, później zimną wodą (wszystko po to, żeby pozbyć się nieprzyjemnej goryczki), po czym wrzucamy do rondelka, zalewamy wrzątkiem i po jednorazowym przemieszaniu, gotujemy 20 minut pod przykryciem na małym ogniu. Nie podnosimy pokrywki ani nie mieszamy. Po tym czasie kasza powinna być miękka i sypka, jeśli nadal jest twarda można ją w tym samym garnku i pod przykryciem wstawić do piecyka na kolejne 20 minut, żeby „doszła”.
I teraz istnieje kilka opcji, można ją po prostu wymieszać z dżemem dobrej jakości i już. A można też jeszcze ciepłą zblendować na gładko i odstawić do przestygnięcia. Po tym czasie powinna dobrze stężeć i dać się pokroić w kosteczki. Druga opcja jest znacznie wygodniejsza dla początkujących dzieci, które nie potrafią jeszcze posługiwać się łyżeczką, a np. brzydzą się dotykać lepkiego jedzenia (takie okazy też się zdarzają).
W tym konkretnym przepisie kostki położyłam po prostu na tacce krzesełka i polałam musem jabłkowym. Do musu potrzebne jest tylko obrane i pokrojone w plasterki albo starte na tarce jabłko, które z odrobiną wody wrzucamy do garnuszka i gotujemy pod przykryciem aż się zupełnie rozpadnie i nieco ściemnieje. Pod koniec odkrywamy garnuszek, pozwalając w ten sposób odparować nadmiarowi wody.
Z czasem można do tego dania dosypać suszone owoce: śliwki, rodzynki, żurawinę, morele i posypać cynamonem. Dla dorosłych i starszych dzieci można też dosłodzić miodem.

Smacznego!



Bibliografia


13 stycznia 2015

BLW - z czym to się je?

Trudne początki młodej mamy

Od kilkudziesięciu lat w Polsce prym wjedzie jeden sposób rozszerzania diety niemowląt: dzieci karmione piersią pierwszy posiłek różny od mleka najczęściej dostają w okolicach 5-6 miesiąca, dzieci karmione butelką już w 4 miesiącu życia. Na pierwszy ogień zwykle idzie marchewka bądź jabłko starte/zgniecione/zmiksowane na gładko i podane łyżeczką. W zasadzie nic w tym złego nie ma, poza tym może tylko, że dziwne dla mnie jest zróżnicowanie rozszerzania diety pod względem rodzaju otrzymywanego mleka, i karmienie w pozycji półleżącej, bo przecież rzadko się zdarza, żeby takie maluchy potrafiły same stabilnie siedzieć. A zatem niemowlę dostaje swoją pierwszą marchewkę/jabłko i tak przez kilka dni, żeby wyeliminować możliwość alergii. W kolejnych dniach do marchewki dodaje się kolejne warzywa, pojedynczo zmieszane z marchewką, bądź podane samodzielnie. Obok są owoce w ramach deseru po obiedzie. I tak jest karmione przez najbliższych kilka miesięcy. Przeciery warzywne z wolna przeradzają się w zupy z dodatkiem żółtka jajka, mięsa, makaronu i ryżu, wszystko zwykle zmielone na gładko do postaci półpłynnej. W okolicach 8-9 miesiąca eksperci radzą już zostawiać grudki w postaci pojedynczych ziarenek ryżu czy kawałków warzyw. W okolicach roku przeciery i zupy zaczynają bardziej przypominać risotto, ale nadal mają dość niedookreślony kolor i wciąż tę samą fakturę. Po roku zaleca się już coraz grubsze kawałki aż do posiłków serwowanych całej rodzinie.
Schematy organizacji prozdrowotnych (w tym przede wszystkim WHO) są dość ogólne i pozostawiają spore pole do popisu rodzicom i opiekunom – przy czym warto zauważyć, że w kwietniu 2014 roku weszły nowe zalecenia, z którymi można się zapoznać na TEJ stronie, natomiast bardzo trafną ich interpretację znajdziecie TUTAJ. Natomiast Internet to już w moim odczuciu szaleństwo konkretności, gdzie można znaleźć rozpiskę niemalże co do godziny i mililitra posiłku. Młode mamy, w tej chwili najczęściej starające się być samodzielne, gdy przychodzi do rozszerzania diety, z jednej strony nie mogą się doczekać i ten moment przyspieszają, a z drugiej są przerażone i nie wiedzą od czego zacząć, jak, czym i w ogóle co zrobić, żeby przypadkiem nie skrzywdzić tego maleństwa, które z ogromnym poświęceniem pielęgnują – ja tak miałam i wiele znanych mi mam również (jak to mówią been there, done that). Bardzo łatwo wpaść w pułapkę schematów żywieniowych, które zalewają wręcz Internet. Wszelkie tabelki co w którym miesiącu, o której godzinie, w jakiej ilości przyprawiły mnie o zawrót głowy i choć na początku byłam podekscytowana, mój zapał z każdą chwilą słabł. Podałam pierwszą łyżeczkę marchewki, bo to było ekscytujące i nie ukrywajmy łatwe, ale nie wiedziałam co dalej. Zapewne ruszyłabym z kolejnym warzywem, gdyby nie znajomy, który wyskoczył mi z terminem BLW, o czym pisałam w poprzedniej notce. To jakoś mi uświadomiło, że zabieram się za coś, o czym nie mam zielonego pojęcia.


Podstawy rozszerzania diety niemowlęcia

Zaczęłam więc czytać i oto czego się dowiedziałam na początek:

1. Jest kilka oznak gotowości dziecka do rozszerzania jego diety, po pierwsze najlepszą pozycją do jedzenia pokarmów tzw. stałych jest pozycja siedząca. Dlatego dietę młodego człowieka powinno się rozszerzać dopiero w momencie, w którym sam stabilnie siedzi i można go posadzić w krzesełku, bądź jeśli mniej stabilnie - na kolanach opiekuna, czyli w okolicach 6-7 miesiąca. A zatem wszelkie bujaczki, odchylane krzesełka czy foteliki samochodowe idą w zapomnienie jeśli chodzi o karmienie w nich niemowlaka. Dlaczego tak? Ano, spróbujcie zjeść coś w pozycji półleżącej/półsiedzącej, nie jest to najłatwiejsze zadanie. Przede wszystkim rośnie zagrożenie, że jedzenie dostanie się tam, gdzie nie powinno i dużo łatwiej o zakrztuszenie czy zadławienie (o których na pewno napiszę całą osobną notkę). Poza tym dziecko nie umie jeszcze jeść i taka pozycja tylko utrudnia mu naukę. Oczywiście nikomu nie zabraniam robienia inaczej, wiele dzieci je w ten sposób z powodzeniem, natomiast osobiście uważam, że takie początki mają sporo minusów.

2. Drugą oznaką gotowości jest zanik odruchu wypychania języka, tak przydatny przy ssaniu, a przy jedzeniu pokarmów stałych tak bardzo upierdliwy. Cokolwiek wyląduje w buzi dziecka, od razu jest eksportowane na zewnątrz i nie ma sensu z tym walczyć, trzeba przeczekać. Odruch ten również zanika w okolicach 6 miesiąca życia.

3. Kolejną oznaką gotowości jest bezproblemowe chwytanie i wkładanie przedmiotów do buzi, co dzieci robią dość wcześnie.

4. Oznaką gotowości jest także zainteresowanie jedzeniem, choć moim zdaniem to dość mętna oznaka. Dzieci interesują się wszystkim co robią rodzice, będą się wgapiać jak jemy, chodzimy, pierzemy, zmywamy, piszemy czy używamy telefonu. I to wszystko wcale nie oznacza, że powinno dostać buty z podeszwą, proszek do prania, płyn do mycia naczyń, długopis czy smartfona do ręki :) To tylko i aż dziecięca ciekawość i pęd do odkrywania nowych rzeczy, który będzie oczywiście przy rozszerzaniu diety bardzo pomocny, ale sama nie zaliczyłabym tego do koronnych znaków, że dziecko jest na to gotowe. Samo zainteresowanie nie wystarczy.

W wieku czterech miesięcy z tego wszystkiego Tosia umiała tylko chwytać przedmioty i pakować je z lubością do buzi. Zainteresowania jedzeniem nie odnotowałam, bo rzadko nam towarzyszyła w czasie posiłków, co w tej chwili wydaje mi się sporym błędem z naszej strony, ale któż ich nie popełnia. Gdzie ja więc miałam głowę kiedy zapragnęłam zaczynać coś, na co moje dziecko nie było jeszcze gotowe? Ach te mamuśki, chciałoby się rzec, pieluszkowe odparzenie mózgu jak nic.
Zatem marchewka została odroczona o czas nieokreślony, aż odhaczymy wszystkie cztery punkty, co jak mi się wydaje pozwoliło układowi pokarmowemu małej nieco jeszcze dojrzeć. Ja natomiast miałam około dwa miesiące na przemyślenie tego, jak chcę wprowadzić małą w świat „dorosłego” jedzenia. Kompetencji nie miałam żadnych (gdyby był z tego egzamin przed zajściem w ciążę, pewnie bym go oblała...), ale za to sporo przywróconego zapału i chęci do poszerzania wiedzy.
No to skoro już wiedziałam, że nic nie wiem, musiałam to zmienić wgryzając się w teorię. Wiedzę o karmieniu łyżeczką zdobyłam szybko i miałam też niejasne przeczucie, że mój mały żarłok wchłonie wszystko co mu dam, nie ważne jaką metodą. Ale był jeszcze ten tajemniczy termin BLW, jakaś alternatywna droga, a ja lubię alternatywne drogi. Zamówiłam więc książkę Bobas Lubi Wybór i poszukałam stron internetowych, z których mogłam się w ogóle dowiedzieć o co chodzi.

BLW cóż to takiego?


BLW to skrót od terminu Baby Led Weaning, czyli w dosłownym tłumaczeniu - odstawienie mleka matki bądź modyfikowanego, kierowane przez dziecko (samoodstawienie się). Sami przyznajcie, nie jest to najchwytliwszy termin na rynku. Dlatego też wydawnictwo, które pokusiło się o wydanie książki na polskim rynku, stworzyło swoje własne rozwinięcie skrótu, czyli Bobas Lubi Wybór. W moim odczuciu jest nieco mylący i może sugerować, że dziecko zawsze ma mieć na tacce kilka dań do wyboru, a z tym wiąże się obawa, że wychowamy małego, wybrednego potworka. Tymczasem chodzi tu raczej o wybór pomiędzy stałym posiłkiem a mlekiem. Stosując metodę BLW sadzamy dziecko do wspólnego posiłku, umieszczamy mu na tacce jedzenie, sami zasiadamy do swojego posiłku i konsumujemy, patrząc uważnie, czy dziecko nie zaczyna się przypadkiem dławić, co zresztą zdarza się naprawdę rzadko. I tyle roli rodzica w całej zabawie jedzeniowej. Niektórzy powiedzą fanaberia i moda, pffff co to za pomysły, karmiłaby normalnie jak człowiek przecierkiem, pakowałaby do dzioba po bożemu, dziecko by się najadło, a nie jakieś wymysły alternatywnych mamusiek... Każdemu kto zaczyna mnie ustawiać w ten sposób odpowiadam, że to nie wymysł alternatywnych mam ze „Stanów” i nie łykam nowinek jak pelikan, tylko zdobywam rzetelną wiedzę. Metoda BLW była stosowana z powodzeniem przed erą „słoiczków”, blenderów i kaszek instant. Co prawda nasze babcie na początku wszystko gniotły widelcem i podawały na łyżeczce, ale bardzo szybko (w okolicach 7-8 miesiąca) przechodziły do podawania dzieciom jedzenia w kawałkach, o czym w tej chwili się zapomina i dzieci nawet do drugiego roku życia karmione są papkowo. Osobiście nie mam nic do karmienia łyżeczką, jeśli tylko robi się to z poszanowaniem decyzji dziecka – jeśli odwraca główkę, zamyka usta i kręci głową, nie wpycha mu się na siłę, tylko kończy posiłek – oraz jeśli w odpowiednim momencie (przed dziesiątym miesiącem) wprowadza się już jakieś kawałki do rączki.

Dość moich dywagacji, jak wygląda teoria BLW?

- dziecko do końca szóstego miesiąca życia karmione jest wyłącznie mlekiem, najlepiej mlekiem mamy, natomiast do pierwszych urodzin mleko nadal jest podstawą jego diety, a stałe pokarmy jedynie dodatkiem;
- dietę rozszerza się gdy zostaną spełnione wszystkie opisane przeze mnie wyżej warunki: siedzi stabilnie, trafia rączką do buzi, odruch wypychania języka zanikł oraz dziecko żywo interesuje się jedzeniem – jest chętne do posmakowania;
- dziecko je posiłek ze wszystkimi domownikami, przy stole, w krzesełku bądź na kolanach rodzica;


- sposób podania jedzenia dostosowany jest do możliwości dziecka, na początku najlepsze będą warzywa ugotowane na parze (miękkie na tyle, by można je było rozgnieść językiem o podniebienie, ale nie za miękkie, żeby dziecko mogło je złapać w rączkę) i pokrojone w słupki (marchewka, seler, pietruszka, ziemniak, dynia) bądź w różyczkach (brokuł i kalafior) – z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że najlepiej sprawdzają się warzywa w różyczkach, łatwo je złapać, a korona jest bardzo mięciutki i idealna do jedzenia). Jedzenie śniadaniowe typu płatki i kasze najlepiej jeśli będą ugotowane na gęsto i uformowane w kulki, dobrze sprawdzają się połączenia z bananem bądź innymi owocami. Mannę bądź jaglankę można też w łatwy sposób po ugotowaniu na gęsto ostudzić i pokroić w kostkę (kombinowane przepisy na pewno zamieszczę);
- dziecko je samo, co nie oznacza że nie wolno mu pomagać jeśli zamanifestuje taką potrzebę – można pozwolić, żeby dziecko złapało naszą rękę i zjadło, to co w niej mamy, można nabrać na łyżeczkę i pozwolić dziecku ją chwycić i włożyć sobie do buzi, tak samo z widelcem;
- pozwólmy dziecku próbować, testować i eksperymentować – większość dzieci na początku ściska jedzenie w rączkach, wyrzuca na podłogę, rozsmarowywuje na tacce – to normalny etap, który u różnych dzieci trwa różnie i rodzice niestety muszą uzbroić się w cierpliwość. Na pocieszenie dodam, że łatwiej znieść rozrzucającego jedzenie niemowlaka niż dwulatka ;)
- jedzenie podajemy na tacce (talerzyki i miseczki zwykle fruwają po kuchni), jednolity kolor tła sprawia, że jedzenie jest lepiej widoczne i ciekawsze dla dziecka. Z czasem można włączyć sztućce oraz talerze i miski, ale dopiero jak dziecko będzie gotowe (tę gotowość niestety można sprawdzić tylko metodą prób i błędów);
- dzieci lubią podjadać rodzicom z talerza, dlatego dobrze jeśli serwujemy dziecku to samo, co jemy my, bądź chociaż element naszego posiłku tak, żebyśmy mogli się z nim w każdej chwili łatwo podzielić;
- staramy się jeść zdrowo, komponować posiłki bogate w składniki odżywcze, witaminy itd. Niemowlęciu serwujemy dania bez cukru i soli – sobie możemy dosolić na talerzu bądź też zrezygnować z solenia, rafinowany cukier można zastąpić zdrowszymi odpowiednikami takimi jak syrop daktylowy (będzie przepis), stewia, owoce, dla starszych dzieci można spróbować ksylitol;
- dziecku od początku możemy podawać niemalże wszystko (wyjątki znajdziecie na końcu wpisu), to jest też duży plus późniejszego wprowadzania stałych pokarmów, starszy układ pokarmowy ma mniejsze szanse na negatywne reakcje. Poszczególne produkty wprowadzamy oczywiście powoli, nie wszystko naraz, żeby w razie czego wiedzieć, co uczula nasze dziecko (moją Tosię uczula na przykład cynamon :) ). Najlepiej jest zacząć od trzech warzyw, obserwować dziecko, po czym dodać kolejne. Doświadczenie wielu mam mówi, że dzieci łatwo akceptują smak owoców, trudniej idzie im z akceptacją warzyw, dlatego to właśnie warzywa poleca się wprowadzać jako pierwsze;
- nie zmuszamy do jedzenia! W sumie powinnam była zamieścić to na samej górze, ale już nie będą kombinować :) Sadzamy dziecko w krzesełku, dajemy mu jedzenie i obserwujemy. Jeśli dziecko zrzuci jedzenie na podłogę i na tacce nie pozostanie nic, wyjmujemy je z krzesełka i już (na początku można podać nową porcję, bo dziecko dopiero ćwiczy i wyrzucanie niekoniecznie oznacza niechęć, a prędzej nieporadność). Jeśli dziecko rozgniata jedzenie na tacce bądź w łapkach, a jest już starsze i ewidentnie widać, że nie jest już głodne, a jedynie się bawi – wyjmujemy z krzesełka. Nie wkładamy przemocą do buzi (to zasada nie tylko BLW, ale generalnie nie powinno się tak robić), nie przekonujemy, nie błagamy, nie prosimy. Jeśli dziecko nie zje ani kęsa stałego posiłku, albo tylko odrobinkę – dostaje mleko i jest najedzone.

Jakie są plusy BLW?

- dziecko poznaje smak, fakturę, ciepłotę i kolor każdego produktu w jego prawdziwej formie. Do jedzenia są zatem angażowane wszystkie zmysły (ziemniak i banan mają ten sam kolor, ale zupełnie inny smak, ogórek i brokuł mają ten sam kolor, ale jeden jest twardy, a drugi miękki, seler i pietruszka mają ten sam kolor, ale zupełnie inaczej smakują itd.);

- dziecko w niezwykły sposób ćwiczy swój aparat mowy, czyli język i szczęki, bardzo szybko uczy się żucia i gryzienia (jeśli ma z tym problem, najlepiej usiąść przed dzieckiem i zaprezentować mu, nawet w karykaturalny sposób, jak się gryzie), takie ćwiczenia pomagają także w nauce mowy;
- w bardzo prosty sposób zapewniamy dziecku ćwiczenia z małej motoryki, pięknie uczą się chwytu pęsetkowego i koordynacji oko-ręka-buzia;

- przeważnie bardzo sprawnie i szybko idzie nauka jedzenia sztućcami oraz picia z kubeczka czy przez słomkę (dziecko to mały podglądacz i naśladowca, jeśli mu pokażemy jak jeść widelcem i łyżką, szybko załapie o co chodzi – tu także ogromne znaczenie ma wspólny posiłek);

- zdrowe nawyki – przy BLW bardzo ciężko o przejadanie się (choć i takie kwiatki się zdarzają, pomocna jest tu rozwaga rodziców), niemowlęta nie wiedzą jeszcze co to takiego jedzenie z łakomstwa, dlatego osiągnąwszy punkt pełnego brzuszka, przestają jeść. Często rodzicom wydaje się, że ich dzieci są „niejadkami” albo „że się nie najadają”, „jedzą za mało”, gdy tymczasem dzieci jedzą dokładnie tyle, ile jest w stanie pomieścić ich brzuch. To jest bardzo duży minus jedzenia w zmielonej formie, dziecko jest w stanie zjeść go znacznie więcej niż jedzenia w kawałkach, znacznie łatwiej się nim przejeść i szybko rozciąga żołądek, szczególnie kiedy opiekun przekonuje dziecko do jedzenia (słynne „za mamusię, za tatusia” i wszelkie inne „samolociki”). Oczywiście nie jest to reguła, po prostu przy wyłącznym karmieniu „papkami” o to łatwiej;

- dziecko nauczy się próbowania! To bardzo ważne, ileż to razy miałam styczność z ludźmi, którzy bali się nowych smaków (sama też tak czasami mam), przyzwyczajeni do wąskiej grupy produktów i ulubionych potraw, nie chcieli wziąć do ust niczego, czego nie znali. Dzieciom BLW generalnie się to raczej nie zdarza, bo od małego są przyzwyczajane do coraz to dziwniejszych kombinacji smakowych i nowych produktów w baaaardzo różnej formie, o różnej konsystencji, kolorze itd.;

- na koniec najmniej istotny, ale ogromnie ważny dla rodzica plus, a mianowicie może on sobie spokojnie zjeść własny, ciepły posiłek! Niektóre dzieci konsumują tak długo, że rodzice zdążą jeszcze wypić kawę, pozmywać albo nadrobić zaległości prasowe.


Jakie są minusy BLW?

- bałagan, to podstawowy i największy minus tej metody. Przy daniu swobody dziecku nie jesteśmy w stanie zapobiec zniszczeniom poczynionym na krzesełku, pod nim, na ścianach, ubraniach, a nawet włosach czy plecach (true story!). Na pocieszenie z czasem jest coraz lepiej, pierwszy przełom pojawia się w okolicach 9-10 miesiąca, w tym czasie czysta pozostaje przestrzeń pod krzesełkiem. Drugi przełom pojawia się po roku, kiedy dzieci uczą się operowania sztućcami i oczyszczeniu ulega przestrzeń pod talerzem oraz generalnie czystsze jest samo dziecko i można zrezygnować z kubraczków malarskich zakładanych do posiłku :D
No i oczywiście przy BLW najlepszą "brygadę sprzątającą" stanowią dzielne czworonogi:


- obawy otoczenia, to taka niekończąca się historia. Mamy generalnie są teraz na cenzurowanym, ocenia się je z każdej strony i wymaga się dążenia do ideału. Każdy ma dla mam dobre rady, są nimi wręcz obsypywane, a każde odstępstwo od znanych schematów jest bombardowane negatywnymi komentarzami. Mama, która chce stanąć okoniem i postępować inaczej niż wszyscy, musi być twarda, cierpliwa i zdawać sobie sprawę, że będzie krytykowana. Po raz kolejny na pocieszenie: gdy zabierzecie niespełna roczne dziecko na przyjęcie do rodziny i ono będzie pięknie jadło samo, gdy tymczasem kuzyni czy rodzeństwo będą się męczyć z karmieniem swoich maluchów łyżeczką, pękniecie niemalże z dumy, a wszystkim „ciotkom dobra rada” zrzednie mina ;)

Jakie są lęki osób niezdecydowanych na tę metodę?

- przede wszystkim lęk przed zadławieniem. Ważna informacja: zadławienie zdarza się bardzo rzadko, ale jeśli się zdarzy rodzic musi wiedzieć jak reagować! To podstawa, nie istotne jaką metodę rozszerzania diety wybierzesz dla swojego dziecka, MUSISZ wiedzieć jak je ratować. Dziecko może się zadławić wszystkim, nawet papką, dławienie może się też przytrafić starszym dzieciom, a nawet dorosłym. Dlatego warto przejść się na kurs pierwszej pomocy dorosłych, niemowląt i dzieci, albo przynajmniej doszkolić się oglądając filmy na you tube. Wiedza jak reagować daje pewność siebie, pozwala na znacznie mniej emocjonalne reakcje, a przy dławieniu czy krztuszeniu się dziecka spokój to podstawa;

- nie będzie się najadało. Jak już pisałam wyżej, do roku podstawą diety dziecka jest mleko i nawet jeśli nie będzie zjadało całego posiłku stałego, albo wręcz nie zje nic, mleko zaspokoi wszystkie jego potrzeby. Szczególnie mleko mamy, które dostosowuje się do potrzeb tego konkretnego dziecka i jest inne na poszczególnych etapach jego rozwoju (co nie oznacza, że z czasem traci na wartości!);

- nie będzie szanować jedzenia. Nie oczekujmy od niemowlaka, że będzie rozumiało czym jest marchewka czy chleb i że da się tym zapełnić brzuch (dzieci rozumieją to w różnym czasie, ale najczęściej w okolicach 10 miesiąca), tym bardziej nie zrozumie, że wyrzucenie ich na podłogę to oznaka braku szacunku. Dziecko uczy się poprzez naśladowanie i obserwacje opiekunów, jeśli my nie będziemy wyrzucać ani rozgniatać jedzenia, ono także z czasem przestanie to robić (jak już zaspokoi ciekawość). Nauka szacunku do jedzenia wymaga myślenia abstrakcyjnego, które jest poza zasięgiem tak małego dziecka;

- nigdy nie nauczy się jeść sztućcami, już zawsze będzie jeść rękami. Pisałam już wyżej o tym, że dziecko uczy się poprzez obserwację i naśladowanie, jeśli rodzic będzie się posługiwał sztućcami, to i dziecko w końcu tego zapragnie i metodą prób i błędów dojdzie jak się to robi. Poza tym nie oszukujmy się, także dorosłym zdarza się jeść rękami w domowym zaciszu, a nawet w restauracji! W końcu jedzenie kanapki nożem i widelcem do najłatwiejszych zadań nie należy :)

- papkę dziecko przetrawi, kawałków nie. Rzeczywiście może tak to wyglądać, ponieważ (UWAGA podejmuję temat pieluchy!) w dziecięcej pieluszce przy BLW mamy zawsze na początku znajdują dokładnie to samo, co weszło do buzi dziecka – marchewka w kawałkach, poszarpany makaron, grudki ryżu. Mamy dzieci karmionych papkami znajdują w pieluszce zwykle papkę, czyli generalnie też dokładnie to samo, co weszło ;) Składniki odżywcze nie zmieniają się pod wpływem rozdrabniania, mogą się zmienić przy obróbce termicznej. Układ pokarmowy niemowlęcia na początku nie umie strawić jedzenia innego niż mleko i nie istotne jest jak bardzo rozdrobnione ono będzie. Dopiero z czasem organizm nauczy się jak strawić poszczególne substancje i dopiero wtedy zawartość pieluszki zacznie przypominać to, co wyrzucają z siebie dorośli;

- wychowasz małego wybrednego niejadka. Kiedy jedzenie jest elementem zabawy, a następnie przeradza się w sposób na napełnienie brzucha, cały czas będąc odkrywaniem, eksperymentowaniem i przyjemnością, zagrożenie małym niejadkiem drastycznie spada. Dzieci są bardzo różne, zdarzają się małe żarłoki pochłaniające wszystko na swojej drodze, ale też dzieci z wysublimowanym podniebieniem, smakosze lubiący pewne konkretne smaki i nic w tym złego! Dopóki dziecko nie boi się próbować nowości i jest zdrowe, nie ma się czym martwić.
Na koniec jeśli dziecko nie chce zjeść obiadu, pozwólmy mu odejść, bo może po prostu nie jest głodne, nie wpychajmy w nie słodkości „żeby tylko cokolwiek zjadło”, bo to jest właśnie idealny sposób na wychowanie małego terrorysty ;)

- będzie wybierać wyłącznie słodycze. Jeśli damy dziecku do wyboru jaglankę z owocem bądź batonika z gamą polepszaczy smaku w środku, bardzo prawdopodobne, że wybierze batonika, ale to jest zadanie rodzica, żeby żywić dziecko tak zdrowo jak umie z rozsądkiem i rozwagą. Żadna metoda żywienia dziecka nie zwalnia rodziców z myślenia! Nawyki zdobyte w pierwszych latach życia owocują na przyszłość, starsze dzieci, które nie były zatykane sztucznymi słodyczami jak był mniejsze, rzadziej wybierają niezdrowe rzeczy.


Produkty zakazane do roku bądź dłużej:

- surowe mięso i jajka;
- grzyby (nie powinno się podawać do siódmego roku życia, albo i dłużej);
- wywar z mięsa;
- wędzonki;
- miód;
- orzechów w całości (masło orzechowe można wprowadzić wcześniej jeśli nie ma alergii);
- mleka odzwierzęce (można podawać od początku przetwory mleczne: jogurty, sery oraz stosować mleko zwierzęce do smażenia naleśników/placków).

Intuicja

Na koniec najważniejsza rzecz ze wszystkich: nie ma to jak intuicja mamy! Mama zawsze wie, co dla jej dziecka będzie najlepsze i nie ma takiego człowieka na ziemi, który wiedziałby lepiej od niej co robić. Ostatnio z każdej strony próbuje się tę maminą intuicję podejść i ją zdusić w zarodku, sprawić że mamy czują się niepewne i sięgają po „mądrzejsze” źródła. Mamo nie daj się! Miej odwagę stanąć w obronie swojego dziecka i swoich poglądów oraz intuicji, nikt za ciebie tego nie zrobi. Wyrzuć mądre książki (choć przeczytać i wyciągnąć to, co ci podpasuje na pewno nie zaszkodzi, ale nie ma takiej książki z gotową receptą na wszystko), wyrzuć schematy, wyrzuć utarte ścieżki. Jedyną osobą, która ewentualnie może ci sensownie doradzić to twoja własna matka, ale nawet ona nie wie o twoim dziecku tyle co ty. Warto natomiast do wszelkich aktywności z dzieckiem zatrudnić tatę, niech też się zainteresuje rozszerzaniem diety, usiądźcie do teorii razem, poszukajcie razem, bądźcie nierozerwalnym teamem, wspierajcie się, będzie wam w ten sposób znacznie łatwiej! Mam nadzieję, że komuś dodam tym wpisem odwagi.

Wpis ten nie zastępuje opieki medycznej.



Bibliografia


09 stycznia 2015

Muffinkowe powroty

Od ostatniego opublikowanego tutaj posta minęły dwa lata, cudowne dwa lata pełne wrażeń, emocji i gwałtownych zwrotów akcji. Przede wszystkim uciekliśmy z Krakowa, wygonił nas smok... to znaczy smog! Moja płuca zarządziły strajk i odmawiały posłuszeństwa tak długo, aż posłusznie przeniosłam się w mniej zadymione rejony kraju. Trochę mi żal, bo Kraków to naprawdę piękne miasto, ale są takie rzeczy, z którymi walczyć się nie da, natomiast te trzy cudowne lata, które tam spędziliśmy, zawsze będę miała w sercu.
Kolejnym gwałtownym zwrotem akcji był ślub! Fantastyczny moment w życiu. Nie jestem zwolenniczką wielkich rautów, hucznych imprez, ani momentów, w których znajduję się w centrum uwagi, ale ten jeden raz było warto. Postanowiłam, że chcę przeżyć wszystko, co Panna Młoda przeżyć powinna. Była więc biała suknia, było wesele na sto osób, była oczywiście noc poślubna w obrzydliwie drogim pokoju hotelowym i podróż poślubna (pół roku później :P ) do Wiednia i Pragi. Niezapomniany czas, cudowny i magiczny, kolejna pachnąca słodko kartka do skrzyneczki z niezapominajkami.


Ostatnim zwrotem akcji, który wywrócił moje życie najbardziej ze wszystkiego, nic już nie jest takie jak było wcześniej, ani ja, ani mąż, ani nasze małżeńskie życie. Malutka dziewczynka, która i ten blog zmieni teraz o 180 stopni.


Postanowiłam wrócić (Anetko dziękuję ci, że mnie namówiłaś, zobaczymy czy uda się teraz wytrwać) z nową wiedzą, z nowymi pomysłami i z całkiem innym podejściem do jedzenia. Dziecko zrewolucjonizowało wszystko, absolutnie wszystko, pozwoliło mi odkryć niekończące się pokłady cierpliwości, o których nie miałam zielonego pojęcia oraz skrytki bez dna, po brzegi wypełnione miłością. Ale też zrewolucjonizowało naszą kuchnię. Nagle zaczęłam się zastanawiać czy to, co jemy nadaje się dla niej? Czy to, co mam na talerzu bez wahania pozwoliłabym jej zjeść? Z jednej strony wszyscy naokoło mówią, że niemowlęta mają inne potrzeby i dla nich potrawy muszą być nadzwyczajne, inne i niestandardowe. I teraz pytam się, dlaczego tak ma być? Czy ja nie mogę zmienić swojego menu tak, żebyśmy mogli wszyscy jeść razem?

Jak mała miała cztery miesiące dałam jej zmiksowaną marchewkę na łyżeczce, była zachwycona (jest żarłokiem po rodzicach, więc nic w tym nadzwyczajnego), ale ja jakoś nie byłam zadowolona. Znajomy coś mi bąknął na temat BLW, ale ostrzegł, że to trudne, wymaga od rodzica niezwykłego zaufania do dziecka i generalnie to niszowa zabawa. Zainteresowałam się tematem. W pierwszej kolejności dowiedziałam się o tym, że dietę dziecka powinno się rozszerzać po pierwszych sześciu miesiącach jego życia. Nie podałam więc drugiej łyżeczki startej marchewki. Dało mi to dwa miesiące czasu na poszerzenie mojej wiedzy. Zakupiłam książkę Bobas Lubi Wybór autorstwa Gill Rapley i Tracey Murkett, o której na pewno tutaj napiszę, przeczytałam ją od deski do deski. Dołączyłam do grupy na Twarzoksiążce (innej nazwy u mnie nie uświadczycie), stałam się częstym bywalcem bloga AlaAntkoweBLW. Na końcu szczerze pokochałam tę metodę rozszerzania diety.


Dziś mamy z małą Tosią ponad czteromiesięczne doświadczenie, które dalej będziemy skrzętnie zbierać. Poza pomysłami obiadowo-śniadaniowo-kolacjowo-deserowymi zbieranymi z sieci, zaczynam mieć swoje własne koncepcje, co mnie niezwykle cieszy. Czasu na fotografowanie niestety jest mało, kiedy maluch drze się z krzesełka, bo jedzenie ma być już natychmiast na tacce! Dlatego zdjęcia na razie na pewno nie będą ani dopracowane, ani tak ładne jak bym tego chciała. Natomiast będę się starała znaleźć sposób na ładne zaprezentowanie wam dań Tosi, bo są tego warte :)
Nasza kuchnia stała się zdrowsza, lżejsza i mam wrażenie, że bardziej urozmaicona. Odkryłam nie tylko dania, których nigdy wcześniej nie znałam, ale i produkty, które powoli przejmują kontrolę nie tylko nad moimi garnkami. W następnym poście postaram się zapoznać wszystkich z metodą rozszerzania diety mojej córki, a później będę szaleć z przepisami. Także ludzie, strzeżcie się!
Na początek muffiny, na które przepis opracowałam sama.

Muffiny jabłkowo-bananowe

Składniki suche:
  • ¾ szklanki mąki orkiszowej + 1/3 szklanki mąki pszennej bądź amarantusowej (może być też tylko pszenna)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • odrobina soli
Składniki mokre:
  • 3/4 szklanki mleka/jogurtu naturalnego
  • 1 jajko
  • 5 łyżek roztopionego masła
Dodatkowo:
  • średnie jabłko
  • banan
  • 5 daktyli

Składniki z poszczególnych grup mieszamy w osobnych miskach. Jabłko ścieram na tarce, banana rozgniatam, a daktyle kroję na drobno. Mieszam wszystko razem i nakładam do papilotek w formie do pieczenia muffinów albo do silikonowych foremek (łatwiej wyjdą, bo do papilotek mocno się przyklejają ). Piekę w 190 stopniach około 25-30 minut.


Smacznego!

05 października 2012

44 tygodnie - Ciasteczka orkiszowe


Bolączka poprzeprowadzkowa ze środka wielkiego miasta do małej mieścinki: daleko do sklepu i brak masła może przekreślić wiele planów. Dlatego też zrobienie bułeczek rano okazało się niewykonalne z powodu braku masła. Ciasto dopiero zaczęło wyrastać zatem szanse na porządne światło po upieczeniu bułeczek są nikłe. Taka mała złośliwość losu i nauczka, żeby lepiej się zorganizować następnym razem. Niestety trudno tak szybko przestawić się z myślenia wielkomiejskiego, gdzie wejście do sklepu jest dokładnie naprzeciw wyjścia z bloku, na myślenie małomiasteczkowe, gdzie zakupy wiążą się z wielką wyprawą. Przy czym oczywiście nie żałuję przeprowadzki i zamierzam nauczyć swój mózg nowego rodzaju zachowań, czy tego chce czy nie.
Żeby jednak nie zostawiać kolejnego posta bez przepisu, przedstawiam wam dziś przepis na najwspanialsze na świecie ciasteczka orkiszowe. Zdrowe i naprawdę smakowite, szczególnie do popołudniowego kubka kawy bądź wieczornego kubeczka kakao. Bardzo gorąco je polecam, szczególnie że jest to zdrowa wersja domowego smakołyka. Ciasteczka zasilą grupę przepisów na każdy tydzień roku.


Ciasteczka orkiszowe

  • 3 szklanki mąki orkiszowej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 225 g masła
  • 1 szklanka ciemnego brązowego cukru
  • 2 jajka
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego


Wymieszać w misce suche składniki, po czym dodać zimne masło i poszatkować je nożem. Dodać jajka i zagnieść jednolite ciasto. Następnie zawinąć je w folię spożywczą i schować do lodówki na co najmniej 2h. Po wyjęciu odrywać po skrawku ciasta i formować kulki wielkości orzecha włoskiego. Na blasze kulki powinny mieć nieco wolnej przestrzeni dookoła, ponieważ się lekko rozpłyną. Mnie na jeden raz na blasze zmieściło się 12 kuleczek. Piec w 175 C przez ~20 minut.
Smacznego!

04 października 2012

Kanelbullens Dag

Witajcie!

Właśnie minął sobie cichutko szwedzki dzień cynamonowej bułeczki i choć nadal mam niejasne wewnętrzne przeczucie, że powinnam się wstrzymać z powrotem do blogowania, ten dzień niejako mnie do tego przekonał. Upiekłam dziś cynamonowe bułeczki dla mojego siostrzeńca, trzylatka który niefortunnie zachorował na zapalenie zatok i bardzo potrzebował czegoś, co poprawi mu humor. Stąd impuls do upieczenia bułeczek, które zniknęły tak szybko, że nie miałam nawet szans ich sfotografować. Do tego otrzymałam zarządzenie od męża, że jutro powtórka, tylko że tym razem od samego rana, tak żeby były gotowe za dnia, kiedy są jeszcze jakieś szanse na dobre światło, żeby zdjęcia wyszły jak najlepsze. Dlatego też zdjęcia i przepis będą jutro, tymczasem zapraszam na urokliwą stronę, na której znajdziecie wszystko na temat cynamonowych bułeczek i szwedzkiego święta: Kanelbullens Dag.

Na koniec nadal w cynamonowym klimacie, zdjęcie psa Cynamona

PS. Justynko dostałam Twojego maila i był on niezwykle pokrzepiający i miły. Postanowiłam zrobić sobie przerwę w blogowaniu na jakiś czas, głównie ze względu na lawinę spraw, która na mnie spadła w te wakacje. Właściwie nie miałam wolnego weekendu od początku czerwca aż do wesela, które z resztą było jednym z powodów przerwy. Trochę mi głupio, że nie zapowiedziałam tego w żaden sposób na blogu, ale też przerwa wynikła z coraz bardziej przedłużającego się braku kolejnego posta. Obiecywałam sobie kilka razy, że coś w końcu zacznę, aż pogodziłam się z myślą, że co najmniej do wesela pewnie nie zacznę i tak to się skończyło. Teraz ruszam z nowym impetem, uzbrojona w dwie wspaniałe książki o fotografii kulinarnej oraz stertę przepisów do wypróbowania i przekazania!
Pozdrawiam
Toczka