Wszystkim babciom życzymy pyszności i mniemniuśności :)
21 stycznia 2015
20 stycznia 2015
Pasta z makreli vel Paprykarz
Bardzo lubię pasty na kanapki. To
takie łatwe i szybkie śniadanko bądź kolacja, po prostu kroję
bułkę, ładuję pastę z czubkiem i rozpływam się z zachwytu nad
smakiem. Mam kilka takich pastowych hitów, które robię w domu dość
często, większość da się nawet przystosować do wrażliwego
podniebienia Antoniny, dzisiaj jednak mam propozycję, której przez
dłuższy czas latorośl moja raczej nie dostanie, ponieważ głównym
jej składnikiem jest wędzona makrela. Sama natomiast nie mogę się
jej oprzeć, sprawdza się rewelacyjnie i wszyscy domownicy
uwielbiają. Z podanej poniżej porcji wychodzą dwa duże słoiki i
jeden mały, choć zwykle zawartość małego znika w chwilę po
zrobieniu pasty.
Także dzisiaj przepis z serii bez
zbędnych teorii i tylko dla dużych. Smacznego!
Pasta z makreli
- 4 wędzone makrele
- 2 czerwone papryki
- 2 zielone papryki
- 4 średnie cebule
- 250g przecieru pomidorowego
- ostra papryka, chili
Zdjąć skórę z makreli i dokładnie
oddzielić mięso od ości. Cebulę pokroić na większą kostkę i 5
minut przesmażyć na małym ogniu, po chwili dorzucić paprykę
również pokrojoną w większą kostkę. Smażyć aż papryka
zmięknie (powinna być lekko al dente, żeby przy nagryzieniu
„stawiała opór”). Na koniec dodać koncentrat, dobrze
przemieszać i podsmażyć jeszcze ~3minuty razem. Połączyć
paprykę z makrelą, dokładnie wymieszać i doprawić do smaku.
Najlepszy jest po dwóch dniach, ale
rzadko udaje mu się tak długo przetrwać w lodówce ;)
18 stycznia 2015
Pierwsze "dania"
Repertuar mojej małej Truskawki powoli
się poszerzał, poniżej tabelka, którą stworzyłam na nasze
potrzeby, żeby ułatwić sobie obserwację jej smaków oraz
ewentualnych reakcji alergicznych (pierwszy tydzień):
SIERPIEŃ
|
||
Dni
|
Propozycja
|
Co wybrała
|
25
|
marchewka + brokuł +
seler + fasolka szparagowa
|
marchewka + seler
(absolutni faworyci :)
|
26
|
marchewka + brokuł +
seler + angielka
|
Nadal ta sama
kombinacja, brokuł powolutku zaczyna próbować. Skórka z
angielki – absolutny hicior.
|
27
|
marchew + seler +
kalafior
|
Dwie pierwsze jak
zawsze, kalafior po pierwszej próbie zdziwienie :)
|
28
|
brokuł + seler +
marchewka
|
Seler i marchewka na
plus.
|
29
|
makaron penne + seler
+ marchewka
|
Makaron nie podszedł
za bardzo, reszta mniamuśna.
|
30
|
marchewka + pietruszka
+ seler
|
Wszystko przepyszne :)
|
31
|
ziemniak + kurczak +
ogórek
|
Ogórek absolutnym
hitem jest! Ale i kurczaczek spoko. Natomiast ziemniakiem nadal
gardzi :)
|
Jak widać na początku
królowały warzywa, owoce pojawiły się dopiero w następnym
miesiącu razem ze zbożami. Przepisy na warzywa dla takiego
malutkiego człowieka nie są specjalnie skomplikowane, toteż
osobnego wpisu specjalnie dla nich nie ma sensu tworzyć. Ot,
wystarczy pokroić warzywa w słupki/różyczki i ugotować na parze.
Na początku używałam zwykłego garnka, metalowego sitka i
pokrywki, później dokupiłam garnek do gotowania na parze, ale nie
jest on jakoś wyjątkowo konieczny, przy czym bardzo ułatwia życie.
Warzywa gotują się bardzo różnie, marchewka, seler i pietruszka
potrzebują ok. 25-30 minut, żeby się ugotować do miękkości
(przypominam, dla niemowlaka pierwsze warzywa powinny dać się
rozgnieść językiem o podniebienie), brokułowi i kalafiorowi
wystarczy tylko 20 minut, a burak potrzebuje niebotycznie dużo
czasu, bo gotuje się bez mała godzinę, żeby był w miarę miękki,
a i tak nie da się rozgnieść o podniebienie, więc to warzywo dla
odważnych (można ewentualnie ugotować w skórce, a potem zetrzeć
na tarce, w tej formie znikał z tosinej tacki w kilka minut).
Dzisiaj jednak chciałabym
pokazać wam jedno z pierwszych dań Truskawki na słodko, to taka
opcja bardziej śniadaniowo-kolacjowa bądź deserowa, bardzo prosta, co w pierwszych tygodniach jest ogromnym plusem. Jej głównym
składnikiem jest królowa kasz, czyli kasza jaglana. W sumie nie
znałam jej przed urodzeniem się Tosi (czemu, nie mam pojęcia O.o
), ale jest to moja absolutna miłość od pierwszego posmakowania i
na pewno podzielę się z wami przepisem na moje ukochane kulki
jaglano-chałwowe! Dzisiaj jednak podstawy, bo ugotowanie kaszy
jaglanej wymaga pewnych zabiegów, żeby jej smak był dokładnie
taki jak powinien. Na początek troszkę teorii.
Kasza jaglana,
przyrządzona z łuskanego ziarna prosa, gościła na polskich
stołach od wieków, to jedna z najstarszych i najzdrowszych znanych
u nas kasz. Jej głównym składnikiem jest skrobia (stanowiąca ok.
65% zawartości jagły), będąca wyśmienitym źródłem energii.
Kasza jaglana jest delikatniejsza od jęczmiennej i pszennej, a przy
tym nie zawiera glutenu, więc jest doskonałym składnikiem diety
małych dzieci oraz osób chorych na celiakię bądź na diecie
bezglutenowej. Jako jedyna spośród kasz jest zasadotwórcza, co
okazuje się być nieocenione, gdy w diecie dominują produkty
kwasotwórcze takie jak mięso, nabiał czy pieczywo. Pomaga to w
profilaktyce wielu chorób (np. nowotworowych), a także wspomaga ich
leczenie (np. kandydoza). Popularne jest też stwierdzenie, że
jaglanka „odśluzowuje”, co znaczy tyle, że oczyszcza organizm w
czasie przeziębienia, przy katarze i mokrym kaszlu wspomaga proces
pozbywania się nadmiaru śluzu. Moja mama lubi mówić, że ta kasza
wyścieła żołądek i jelita jak kołderka, to dzięki dużej
zawartości witamin z grupy B, które wzmacniają pracę układu
pokarmowego. Jest bogata w substancje mineralne: żelazo, fosfor,
wapń, lecytynę oraz krzemionkę, składnik bardzo rzadki w
pożywieniu, który wzmacnia włosy i paznokcie oraz poprawia wygląd
skóry.
Kaszy tej powinni się jednak wystrzegać ci, którzy mają problemy z tarczycą, zawiera bowiem w sobie związki zaburzające metabolizm jodu - goitrogeny. Raz na jakiś czas jednak także im powinna bardziej pomóc niż zaszkodzić :)
Za punkt honoru
propagatorzy zdrowego żywienia powinni obrać sobie dziś nadanie
kaszy jaglanej rozgłosu, by na powrót zagościła w polskich
domach, szczególnie że ma bardzo uniwersalne zastosowanie i nadaje
się zarówno jako składnik śniadań jak i obiadów, koktajli czy
deserów
.
Kasza jaglana z musem jabłkowym
- 0,5 szklanki kaszy jaglanej
- 1 ¼ szklanki wrzątku
- 1 jabłko
Kaszę prażymy na suchej
patelni, na maleńkim ogniu. Z początku będzie pachnieć jak
pszenica, ale podczas prażenia zapach się zmieni i zacznie bardziej
przypominać orzechy. Gdy to nastąpi przerzucamy kaszę na sitko,
płuczemy najpierw wrzątkiem, później zimną wodą (wszystko po
to, żeby pozbyć się nieprzyjemnej goryczki), po czym wrzucamy do
rondelka, zalewamy wrzątkiem i po jednorazowym przemieszaniu,
gotujemy 20 minut pod przykryciem na małym ogniu. Nie podnosimy
pokrywki ani nie mieszamy. Po tym czasie kasza powinna być miękka i
sypka, jeśli nadal jest twarda można ją w tym samym garnku i pod
przykryciem wstawić do piecyka na kolejne 20 minut, żeby „doszła”.
I teraz istnieje kilka
opcji, można ją po prostu wymieszać z dżemem dobrej jakości i
już. A można też jeszcze ciepłą zblendować na gładko i
odstawić do przestygnięcia. Po tym czasie powinna dobrze stężeć
i dać się pokroić w kosteczki. Druga opcja jest znacznie
wygodniejsza dla początkujących dzieci, które nie potrafią
jeszcze posługiwać się łyżeczką, a np. brzydzą się dotykać
lepkiego jedzenia (takie okazy też się zdarzają).
W tym konkretnym
przepisie kostki położyłam po prostu na tacce krzesełka i polałam
musem jabłkowym. Do musu potrzebne jest tylko obrane i pokrojone w
plasterki albo starte na tarce jabłko, które z odrobiną wody
wrzucamy do garnuszka i gotujemy pod przykryciem aż się zupełnie
rozpadnie i nieco ściemnieje. Pod koniec odkrywamy garnuszek,
pozwalając w ten sposób odparować nadmiarowi wody.
Z czasem można do tego
dania dosypać suszone owoce: śliwki, rodzynki, żurawinę, morele i
posypać cynamonem. Dla dorosłych i starszych dzieci można też
dosłodzić miodem.
Smacznego!
Bibliografia
- http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kasza-jaglana-wlasciwosci-lecznicze-wartosci-odzywcze_41234.html
- Wikipedia
- http://mamalyga.org/kasza-jaglana/
- http://kaszomania.blogspot.com/
- http://www.care2.com/greenliving/12-health-benefits-of-millet.html
Etykiety:
jabłka,
kasza jaglana,
kolacje,
śniadania
13 stycznia 2015
BLW - z czym to się je?
Trudne początki młodej mamy
Od
kilkudziesięciu lat w Polsce prym wjedzie jeden sposób rozszerzania
diety niemowląt: dzieci karmione piersią pierwszy posiłek różny
od mleka najczęściej dostają w okolicach 5-6 miesiąca, dzieci
karmione butelką już w 4 miesiącu życia. Na pierwszy ogień
zwykle idzie marchewka bądź jabłko starte/zgniecione/zmiksowane na
gładko i podane łyżeczką. W zasadzie nic w tym złego nie ma,
poza tym może tylko, że dziwne dla mnie jest zróżnicowanie
rozszerzania diety pod względem rodzaju otrzymywanego mleka, i
karmienie w pozycji półleżącej, bo przecież rzadko się zdarza,
żeby takie maluchy potrafiły same stabilnie siedzieć. A zatem
niemowlę dostaje swoją pierwszą marchewkę/jabłko i tak przez
kilka dni, żeby wyeliminować możliwość alergii. W kolejnych
dniach do marchewki dodaje się kolejne warzywa, pojedynczo zmieszane
z marchewką, bądź podane samodzielnie. Obok są owoce w ramach
deseru po obiedzie. I tak jest karmione przez najbliższych kilka
miesięcy. Przeciery warzywne z wolna przeradzają się w zupy z
dodatkiem żółtka jajka, mięsa, makaronu i ryżu, wszystko zwykle
zmielone na gładko do postaci półpłynnej. W okolicach 8-9
miesiąca eksperci radzą już zostawiać grudki w postaci
pojedynczych ziarenek ryżu czy kawałków warzyw. W okolicach roku
przeciery i zupy zaczynają bardziej przypominać risotto, ale nadal
mają dość niedookreślony kolor i wciąż tę samą fakturę. Po
roku zaleca się już coraz grubsze kawałki aż do posiłków
serwowanych całej rodzinie.
Schematy
organizacji prozdrowotnych (w tym przede wszystkim WHO) są dość
ogólne i pozostawiają spore pole do popisu rodzicom i opiekunom –
przy czym warto zauważyć, że w kwietniu 2014 roku weszły nowe
zalecenia, z którymi można się zapoznać na TEJ stronie, natomiast
bardzo trafną ich interpretację znajdziecie TUTAJ. Natomiast
Internet to już w moim odczuciu szaleństwo konkretności, gdzie
można znaleźć rozpiskę niemalże co do godziny i mililitra
posiłku. Młode mamy, w tej chwili najczęściej starające się być
samodzielne, gdy przychodzi do rozszerzania diety, z jednej strony
nie mogą się doczekać i ten moment przyspieszają, a z drugiej są
przerażone i nie wiedzą od czego zacząć, jak, czym i w ogóle co
zrobić, żeby przypadkiem nie skrzywdzić tego maleństwa, które z
ogromnym poświęceniem pielęgnują – ja tak miałam i wiele
znanych mi mam również (jak to mówią been there, done that).
Bardzo łatwo wpaść w pułapkę schematów żywieniowych, które
zalewają wręcz Internet. Wszelkie tabelki co w którym miesiącu, o
której godzinie, w jakiej ilości przyprawiły mnie o zawrót głowy
i choć na początku byłam podekscytowana, mój zapał z każdą
chwilą słabł. Podałam pierwszą łyżeczkę marchewki, bo to było
ekscytujące i nie ukrywajmy łatwe, ale nie wiedziałam co dalej.
Zapewne ruszyłabym z kolejnym warzywem, gdyby nie znajomy, który
wyskoczył mi z terminem BLW, o czym pisałam w poprzedniej notce. To
jakoś mi uświadomiło, że zabieram się za coś, o czym nie mam
zielonego pojęcia.
Podstawy rozszerzania diety niemowlęcia
Zaczęłam więc czytać i oto czego się
dowiedziałam na początek:
1. Jest
kilka oznak gotowości dziecka do rozszerzania jego diety, po
pierwsze najlepszą pozycją do jedzenia pokarmów tzw. stałych jest
pozycja siedząca. Dlatego dietę młodego człowieka powinno się
rozszerzać dopiero w momencie, w którym sam stabilnie siedzi i
można go posadzić w krzesełku, bądź jeśli mniej stabilnie - na
kolanach opiekuna, czyli w okolicach 6-7 miesiąca. A zatem wszelkie
bujaczki, odchylane krzesełka czy foteliki samochodowe idą w
zapomnienie jeśli chodzi o karmienie w nich niemowlaka. Dlaczego
tak? Ano, spróbujcie zjeść coś w pozycji półleżącej/półsiedzącej,
nie jest to najłatwiejsze zadanie. Przede wszystkim rośnie
zagrożenie, że jedzenie dostanie się tam, gdzie nie powinno i dużo
łatwiej o zakrztuszenie czy zadławienie (o których na pewno
napiszę całą osobną notkę). Poza tym dziecko nie umie jeszcze
jeść i taka pozycja tylko utrudnia mu naukę. Oczywiście nikomu
nie zabraniam robienia inaczej, wiele dzieci je w ten sposób z
powodzeniem, natomiast osobiście uważam, że takie początki mają
sporo minusów.
2. Drugą
oznaką gotowości jest zanik odruchu wypychania języka, tak
przydatny przy ssaniu, a przy jedzeniu pokarmów stałych tak bardzo
upierdliwy. Cokolwiek wyląduje w buzi dziecka, od razu jest
eksportowane na zewnątrz i nie ma sensu z tym walczyć, trzeba
przeczekać. Odruch ten również zanika w okolicach 6 miesiąca
życia.
3.
Kolejną oznaką gotowości jest bezproblemowe chwytanie i wkładanie
przedmiotów do buzi, co dzieci robią dość wcześnie.
4. Oznaką
gotowości jest także zainteresowanie jedzeniem, choć moim zdaniem
to dość mętna oznaka. Dzieci interesują się wszystkim co robią
rodzice, będą się wgapiać jak jemy, chodzimy, pierzemy, zmywamy,
piszemy czy używamy telefonu. I to wszystko wcale nie oznacza, że
powinno dostać buty z podeszwą, proszek do prania, płyn do mycia
naczyń, długopis czy smartfona do ręki :) To tylko i aż dziecięca
ciekawość i pęd do odkrywania nowych rzeczy, który będzie
oczywiście przy rozszerzaniu diety bardzo pomocny, ale sama nie
zaliczyłabym tego do koronnych znaków, że dziecko jest na to
gotowe. Samo zainteresowanie nie wystarczy.
W wieku
czterech miesięcy z tego wszystkiego Tosia umiała tylko chwytać
przedmioty i pakować je z lubością do buzi. Zainteresowania
jedzeniem nie odnotowałam, bo rzadko nam towarzyszyła w czasie
posiłków, co w tej chwili wydaje mi się sporym błędem z naszej
strony, ale któż ich nie popełnia. Gdzie ja więc miałam głowę
kiedy zapragnęłam zaczynać coś, na co moje dziecko nie było
jeszcze gotowe? Ach te mamuśki, chciałoby się rzec, pieluszkowe
odparzenie mózgu jak nic.
Zatem
marchewka została odroczona o czas nieokreślony, aż odhaczymy
wszystkie cztery punkty, co jak mi się wydaje pozwoliło układowi
pokarmowemu małej nieco jeszcze dojrzeć. Ja natomiast miałam około
dwa miesiące na przemyślenie tego, jak chcę wprowadzić małą w
świat „dorosłego” jedzenia. Kompetencji nie miałam żadnych
(gdyby był z tego egzamin przed zajściem w ciążę, pewnie bym go
oblała...), ale za to sporo przywróconego zapału i chęci do
poszerzania wiedzy.
No to
skoro już wiedziałam, że nic nie wiem, musiałam to zmienić
wgryzając się w teorię. Wiedzę o karmieniu łyżeczką zdobyłam
szybko i miałam też niejasne przeczucie, że mój mały żarłok
wchłonie wszystko co mu dam, nie ważne jaką metodą. Ale był
jeszcze ten tajemniczy termin BLW, jakaś alternatywna droga, a ja
lubię alternatywne drogi. Zamówiłam więc książkę Bobas Lubi
Wybór i poszukałam stron internetowych, z których mogłam się w
ogóle dowiedzieć o co chodzi.
BLW cóż to takiego?
BLW to
skrót od terminu Baby Led Weaning, czyli w dosłownym tłumaczeniu -
odstawienie mleka matki bądź modyfikowanego, kierowane przez
dziecko (samoodstawienie się). Sami przyznajcie, nie jest to
najchwytliwszy termin na rynku. Dlatego też wydawnictwo, które
pokusiło się o wydanie książki na polskim rynku, stworzyło swoje
własne rozwinięcie skrótu, czyli Bobas Lubi Wybór. W moim
odczuciu jest nieco mylący i może sugerować, że dziecko zawsze ma
mieć na tacce kilka dań do wyboru, a z tym wiąże się obawa, że
wychowamy małego, wybrednego potworka. Tymczasem chodzi tu raczej o
wybór pomiędzy stałym posiłkiem a mlekiem. Stosując metodę BLW
sadzamy dziecko do wspólnego posiłku, umieszczamy mu na tacce
jedzenie, sami zasiadamy do swojego posiłku i konsumujemy, patrząc
uważnie, czy dziecko nie zaczyna się przypadkiem dławić, co
zresztą zdarza się naprawdę rzadko. I tyle roli rodzica w całej
zabawie jedzeniowej. Niektórzy powiedzą fanaberia i moda, pffff co
to za pomysły, karmiłaby normalnie jak człowiek przecierkiem,
pakowałaby do dzioba po bożemu, dziecko by się najadło, a nie
jakieś wymysły alternatywnych mamusiek... Każdemu kto zaczyna mnie
ustawiać w ten sposób odpowiadam, że to nie wymysł alternatywnych
mam ze „Stanów” i nie łykam nowinek jak pelikan, tylko zdobywam
rzetelną wiedzę. Metoda BLW była stosowana z powodzeniem przed erą
„słoiczków”, blenderów i kaszek instant. Co prawda nasze
babcie na początku wszystko gniotły widelcem i podawały na
łyżeczce, ale bardzo szybko (w okolicach 7-8 miesiąca)
przechodziły do podawania dzieciom jedzenia w kawałkach, o czym w
tej chwili się zapomina i dzieci nawet do drugiego roku życia
karmione są papkowo. Osobiście nie mam nic do karmienia łyżeczką,
jeśli tylko robi się to z poszanowaniem decyzji dziecka – jeśli
odwraca główkę, zamyka usta i kręci głową, nie wpycha mu się
na siłę, tylko kończy posiłek – oraz jeśli w odpowiednim
momencie (przed dziesiątym miesiącem) wprowadza się już jakieś
kawałki do rączki.
Dość
moich dywagacji, jak wygląda teoria BLW?
- dziecko
do końca szóstego miesiąca życia karmione jest wyłącznie
mlekiem, najlepiej mlekiem mamy, natomiast do pierwszych urodzin
mleko nadal jest podstawą jego diety, a stałe pokarmy jedynie
dodatkiem;
- dietę
rozszerza się gdy zostaną spełnione wszystkie opisane przeze mnie
wyżej warunki: siedzi stabilnie, trafia rączką do buzi, odruch
wypychania języka zanikł oraz dziecko żywo interesuje się
jedzeniem – jest chętne do posmakowania;
- sposób podania jedzenia dostosowany jest do możliwości dziecka, na początku najlepsze będą warzywa ugotowane na parze (miękkie na tyle, by można je było rozgnieść językiem o podniebienie, ale nie za miękkie, żeby dziecko mogło je złapać w rączkę) i pokrojone w słupki (marchewka, seler, pietruszka, ziemniak, dynia) bądź w różyczkach (brokuł i kalafior) – z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że najlepiej sprawdzają się warzywa w różyczkach, łatwo je złapać, a korona jest bardzo mięciutki i idealna do jedzenia). Jedzenie śniadaniowe typu płatki i kasze najlepiej jeśli będą ugotowane na gęsto i uformowane w kulki, dobrze sprawdzają się połączenia z bananem bądź innymi owocami. Mannę bądź jaglankę można też w łatwy sposób po ugotowaniu na gęsto ostudzić i pokroić w kostkę (kombinowane przepisy na pewno zamieszczę);
- dziecko
je samo, co nie oznacza że nie wolno mu pomagać jeśli
zamanifestuje taką potrzebę – można pozwolić, żeby dziecko
złapało naszą rękę i zjadło, to co w niej mamy, można nabrać
na łyżeczkę i pozwolić dziecku ją chwycić i włożyć sobie do
buzi, tak samo z widelcem;
-
pozwólmy dziecku próbować, testować i eksperymentować –
większość dzieci na początku ściska jedzenie w rączkach,
wyrzuca na podłogę, rozsmarowywuje na tacce – to normalny etap,
który u różnych dzieci trwa różnie i rodzice niestety muszą
uzbroić się w cierpliwość. Na pocieszenie dodam, że łatwiej
znieść rozrzucającego jedzenie niemowlaka niż dwulatka ;)
-
jedzenie podajemy na tacce (talerzyki i miseczki zwykle fruwają po
kuchni), jednolity kolor tła sprawia, że jedzenie jest lepiej
widoczne i ciekawsze dla dziecka. Z czasem można włączyć sztućce
oraz talerze i miski, ale dopiero jak dziecko będzie gotowe (tę
gotowość niestety można sprawdzić tylko metodą prób i błędów);
- dzieci
lubią podjadać rodzicom z talerza, dlatego dobrze jeśli serwujemy
dziecku to samo, co jemy my, bądź chociaż element naszego posiłku
tak, żebyśmy mogli się z nim w każdej chwili łatwo podzielić;
- staramy
się jeść zdrowo, komponować posiłki bogate w składniki
odżywcze, witaminy itd. Niemowlęciu serwujemy dania bez cukru i
soli – sobie możemy dosolić na talerzu bądź też zrezygnować z
solenia, rafinowany cukier można zastąpić zdrowszymi
odpowiednikami takimi jak syrop daktylowy (będzie przepis), stewia,
owoce, dla starszych dzieci można spróbować ksylitol;
- dziecku
od początku możemy podawać niemalże wszystko (wyjątki
znajdziecie na końcu wpisu), to jest też duży plus późniejszego
wprowadzania stałych pokarmów, starszy układ pokarmowy ma mniejsze
szanse na negatywne reakcje. Poszczególne produkty wprowadzamy
oczywiście powoli, nie wszystko naraz, żeby w razie czego wiedzieć,
co uczula nasze dziecko (moją Tosię uczula na przykład cynamon :)
). Najlepiej jest zacząć od trzech warzyw, obserwować dziecko, po
czym dodać kolejne. Doświadczenie wielu mam mówi, że dzieci łatwo
akceptują smak owoców, trudniej idzie im z akceptacją warzyw,
dlatego to właśnie warzywa poleca się wprowadzać jako pierwsze;
- nie
zmuszamy do jedzenia! W sumie powinnam była zamieścić to na samej
górze, ale już nie będą kombinować :) Sadzamy dziecko w
krzesełku, dajemy mu jedzenie i obserwujemy. Jeśli dziecko zrzuci
jedzenie na podłogę i na tacce nie pozostanie nic, wyjmujemy je z
krzesełka i już (na początku można podać nową porcję, bo
dziecko dopiero ćwiczy i wyrzucanie niekoniecznie oznacza niechęć,
a prędzej nieporadność). Jeśli dziecko rozgniata jedzenie na
tacce bądź w łapkach, a jest już starsze i ewidentnie widać, że
nie jest już głodne, a jedynie się bawi – wyjmujemy z krzesełka.
Nie wkładamy przemocą do buzi (to zasada nie tylko BLW, ale
generalnie nie powinno się tak robić), nie przekonujemy, nie
błagamy, nie prosimy. Jeśli dziecko nie zje ani kęsa stałego
posiłku, albo tylko odrobinkę – dostaje mleko i jest najedzone.
Jakie są plusy BLW?
- dziecko
poznaje smak, fakturę, ciepłotę i kolor każdego produktu w jego
prawdziwej formie. Do jedzenia są zatem angażowane wszystkie zmysły
(ziemniak i banan mają ten sam kolor, ale zupełnie inny smak,
ogórek i brokuł mają ten sam kolor, ale jeden jest twardy, a drugi
miękki, seler i pietruszka mają ten sam kolor, ale zupełnie
inaczej smakują itd.);
- dziecko
w niezwykły sposób ćwiczy swój aparat mowy, czyli język i
szczęki, bardzo szybko uczy się żucia i gryzienia (jeśli ma z tym
problem, najlepiej usiąść przed dzieckiem i zaprezentować mu,
nawet w karykaturalny sposób, jak się gryzie), takie ćwiczenia
pomagają także w nauce mowy;
- w
bardzo prosty sposób zapewniamy dziecku ćwiczenia z małej
motoryki, pięknie uczą się chwytu pęsetkowego i koordynacji
oko-ręka-buzia;
-
przeważnie bardzo sprawnie i szybko idzie nauka jedzenia sztućcami
oraz picia z kubeczka czy przez słomkę (dziecko to mały podglądacz
i naśladowca, jeśli mu pokażemy jak jeść widelcem i łyżką,
szybko załapie o co chodzi – tu także ogromne znaczenie ma
wspólny posiłek);
- zdrowe
nawyki – przy BLW bardzo ciężko o przejadanie się (choć i takie
kwiatki się zdarzają, pomocna jest tu rozwaga rodziców),
niemowlęta nie wiedzą jeszcze co to takiego jedzenie z łakomstwa,
dlatego osiągnąwszy punkt pełnego brzuszka, przestają jeść.
Często rodzicom wydaje się, że ich dzieci są „niejadkami”
albo „że się nie najadają”, „jedzą za mało”, gdy
tymczasem dzieci jedzą dokładnie tyle, ile jest w stanie pomieścić
ich brzuch. To jest bardzo duży minus jedzenia w zmielonej formie,
dziecko jest w stanie zjeść go znacznie więcej niż jedzenia w
kawałkach, znacznie łatwiej się nim przejeść i szybko rozciąga
żołądek, szczególnie kiedy opiekun przekonuje dziecko do jedzenia
(słynne „za mamusię, za tatusia” i wszelkie inne „samolociki”).
Oczywiście nie jest to reguła, po prostu przy wyłącznym karmieniu
„papkami” o to łatwiej;
- dziecko
nauczy się próbowania! To bardzo ważne, ileż to razy miałam
styczność z ludźmi, którzy bali się nowych smaków (sama też
tak czasami mam), przyzwyczajeni do wąskiej grupy produktów i
ulubionych potraw, nie chcieli wziąć do ust niczego, czego nie
znali. Dzieciom BLW generalnie się to raczej nie zdarza, bo od
małego są przyzwyczajane do coraz to dziwniejszych kombinacji
smakowych i nowych produktów w baaaardzo różnej formie, o różnej
konsystencji, kolorze itd.;
- na
koniec najmniej istotny, ale ogromnie ważny dla rodzica plus, a
mianowicie może on sobie spokojnie zjeść własny, ciepły posiłek!
Niektóre dzieci konsumują tak długo, że rodzice zdążą jeszcze
wypić kawę, pozmywać albo nadrobić zaległości prasowe.
Jakie są
minusy BLW?
-
bałagan, to podstawowy i największy minus tej metody. Przy daniu
swobody dziecku nie jesteśmy w stanie zapobiec zniszczeniom
poczynionym na krzesełku, pod nim, na ścianach, ubraniach, a nawet
włosach czy plecach (true story!). Na pocieszenie z czasem jest
coraz lepiej, pierwszy przełom pojawia się w okolicach 9-10
miesiąca, w tym czasie czysta pozostaje przestrzeń pod krzesełkiem.
Drugi przełom pojawia się po roku, kiedy dzieci uczą się
operowania sztućcami i oczyszczeniu ulega przestrzeń pod talerzem
oraz generalnie czystsze jest samo dziecko i można zrezygnować z
kubraczków malarskich zakładanych do posiłku :D
No i oczywiście przy BLW najlepszą "brygadę sprzątającą" stanowią dzielne czworonogi:
No i oczywiście przy BLW najlepszą "brygadę sprzątającą" stanowią dzielne czworonogi:
- obawy otoczenia, to taka niekończąca się historia. Mamy generalnie są teraz na cenzurowanym, ocenia się je z każdej strony i wymaga się dążenia do ideału. Każdy ma dla mam dobre rady, są nimi wręcz obsypywane, a każde odstępstwo od znanych schematów jest bombardowane negatywnymi komentarzami. Mama, która chce stanąć okoniem i postępować inaczej niż wszyscy, musi być twarda, cierpliwa i zdawać sobie sprawę, że będzie krytykowana. Po raz kolejny na pocieszenie: gdy zabierzecie niespełna roczne dziecko na przyjęcie do rodziny i ono będzie pięknie jadło samo, gdy tymczasem kuzyni czy rodzeństwo będą się męczyć z karmieniem swoich maluchów łyżeczką, pękniecie niemalże z dumy, a wszystkim „ciotkom dobra rada” zrzednie mina ;)
Jakie są
lęki osób niezdecydowanych na tę metodę?
- przede
wszystkim lęk przed zadławieniem. Ważna informacja: zadławienie
zdarza się bardzo rzadko, ale jeśli się zdarzy rodzic musi
wiedzieć jak reagować! To podstawa, nie istotne jaką metodę
rozszerzania diety wybierzesz dla swojego dziecka, MUSISZ wiedzieć
jak je ratować. Dziecko może się zadławić wszystkim, nawet
papką, dławienie może się też przytrafić starszym dzieciom, a
nawet dorosłym. Dlatego warto przejść się na kurs pierwszej
pomocy dorosłych, niemowląt i dzieci, albo przynajmniej doszkolić
się oglądając filmy na you tube. Wiedza jak reagować daje pewność
siebie, pozwala na znacznie mniej emocjonalne reakcje, a przy
dławieniu czy krztuszeniu się dziecka spokój to podstawa;
- nie
będzie się najadało. Jak już pisałam wyżej, do roku podstawą
diety dziecka jest mleko i nawet jeśli nie będzie zjadało całego
posiłku stałego, albo wręcz nie zje nic, mleko zaspokoi wszystkie
jego potrzeby. Szczególnie mleko mamy, które dostosowuje się do
potrzeb tego konkretnego dziecka i jest inne na poszczególnych
etapach jego rozwoju (co nie oznacza, że z czasem traci na
wartości!);
- nie
będzie szanować jedzenia. Nie oczekujmy od niemowlaka, że będzie
rozumiało czym jest marchewka czy chleb i że da się tym zapełnić
brzuch (dzieci rozumieją to w różnym czasie, ale najczęściej w
okolicach 10 miesiąca), tym bardziej nie zrozumie, że wyrzucenie
ich na podłogę to oznaka braku szacunku. Dziecko uczy się poprzez
naśladowanie i obserwacje opiekunów, jeśli my nie będziemy
wyrzucać ani rozgniatać jedzenia, ono także z czasem przestanie to
robić (jak już zaspokoi ciekawość). Nauka szacunku do jedzenia
wymaga myślenia abstrakcyjnego, które jest poza zasięgiem tak
małego dziecka;
- nigdy
nie nauczy się jeść sztućcami, już zawsze będzie jeść rękami.
Pisałam już wyżej o tym, że dziecko uczy się poprzez obserwację
i naśladowanie, jeśli rodzic będzie się posługiwał sztućcami,
to i dziecko w końcu tego zapragnie i metodą prób i błędów
dojdzie jak się to robi. Poza tym nie oszukujmy się, także
dorosłym zdarza się jeść rękami w domowym zaciszu, a nawet w
restauracji! W końcu jedzenie kanapki nożem i widelcem do
najłatwiejszych zadań nie należy :)
- papkę
dziecko przetrawi, kawałków nie. Rzeczywiście może tak to
wyglądać, ponieważ (UWAGA podejmuję temat pieluchy!) w dziecięcej
pieluszce przy BLW mamy zawsze na początku znajdują dokładnie to
samo, co weszło do buzi dziecka – marchewka w kawałkach,
poszarpany makaron, grudki ryżu. Mamy dzieci karmionych papkami
znajdują w pieluszce zwykle papkę, czyli generalnie też dokładnie
to samo, co weszło ;) Składniki odżywcze nie zmieniają się pod
wpływem rozdrabniania, mogą się zmienić przy obróbce termicznej.
Układ pokarmowy niemowlęcia na początku nie umie strawić jedzenia
innego niż mleko i nie istotne jest jak bardzo rozdrobnione ono
będzie. Dopiero z czasem organizm nauczy się jak strawić
poszczególne substancje i dopiero wtedy zawartość pieluszki
zacznie przypominać to, co wyrzucają z siebie dorośli;
-
wychowasz małego wybrednego niejadka. Kiedy jedzenie jest elementem
zabawy, a następnie przeradza się w sposób na napełnienie
brzucha, cały czas będąc odkrywaniem, eksperymentowaniem i
przyjemnością, zagrożenie małym niejadkiem drastycznie spada.
Dzieci są bardzo różne, zdarzają się małe żarłoki
pochłaniające wszystko na swojej drodze, ale też dzieci z
wysublimowanym podniebieniem, smakosze lubiący pewne konkretne smaki
i nic w tym złego! Dopóki dziecko nie boi się próbować nowości
i jest zdrowe, nie ma się czym martwić.
Na koniec
jeśli dziecko nie chce zjeść obiadu, pozwólmy mu odejść, bo
może po prostu nie jest głodne, nie wpychajmy w nie słodkości
„żeby tylko cokolwiek zjadło”, bo to jest właśnie idealny
sposób na wychowanie małego terrorysty ;)
- będzie
wybierać wyłącznie słodycze. Jeśli damy dziecku do wyboru
jaglankę z owocem bądź batonika z gamą polepszaczy smaku w
środku, bardzo prawdopodobne, że wybierze batonika, ale to jest
zadanie rodzica, żeby żywić dziecko tak zdrowo jak umie z
rozsądkiem i rozwagą. Żadna metoda żywienia dziecka nie zwalnia
rodziców z myślenia! Nawyki zdobyte w pierwszych latach życia
owocują na przyszłość, starsze dzieci, które nie były zatykane
sztucznymi słodyczami jak był mniejsze, rzadziej wybierają
niezdrowe rzeczy.
Produkty
zakazane do roku bądź dłużej:
- surowe
mięso i jajka;
- grzyby
(nie powinno się podawać do siódmego roku życia, albo i dłużej);
- wywar z
mięsa;
-
wędzonki;
- miód;
-
orzechów w całości (masło orzechowe można wprowadzić wcześniej
jeśli nie ma alergii);
- mleka
odzwierzęce (można podawać od początku przetwory mleczne:
jogurty, sery oraz stosować mleko zwierzęce do smażenia
naleśników/placków).
Intuicja
Na koniec
najważniejsza rzecz ze wszystkich: nie ma to jak intuicja mamy! Mama
zawsze wie, co dla jej dziecka będzie najlepsze i nie ma takiego
człowieka na ziemi, który wiedziałby lepiej od niej co robić.
Ostatnio z każdej strony próbuje się tę maminą intuicję podejść
i ją zdusić w zarodku, sprawić że mamy czują się niepewne i
sięgają po „mądrzejsze” źródła. Mamo nie daj się! Miej
odwagę stanąć w obronie swojego dziecka i swoich poglądów oraz
intuicji, nikt za ciebie tego nie zrobi. Wyrzuć mądre książki
(choć przeczytać i wyciągnąć to, co ci podpasuje na pewno nie
zaszkodzi, ale nie ma takiej książki z gotową receptą na
wszystko), wyrzuć schematy, wyrzuć utarte ścieżki. Jedyną osobą,
która ewentualnie może ci sensownie doradzić to twoja własna
matka, ale nawet ona nie wie o twoim dziecku tyle co ty. Warto natomiast do wszelkich aktywności z dzieckiem zatrudnić tatę, niech też się zainteresuje rozszerzaniem diety, usiądźcie do teorii razem, poszukajcie razem, bądźcie nierozerwalnym teamem, wspierajcie się, będzie wam w ten sposób znacznie łatwiej! Mam
nadzieję, że komuś dodam tym wpisem odwagi.
Wpis ten
nie zastępuje opieki medycznej.
Bibliografia
- „Bobas Lubi Wybór” Rapley Gill, Murkett Tracey, wyd. Mamania;
- Forum FB BLW – Bobas Lubi Wybór (bardzo polecam każdemu, kto jest chętny rozpocząć przygodę z rozszerzaniem diety!);
- Blog:
część 1 https://malgorzatajackowska.wordpress.com/2014/07/25/zasady-zywienia-niemowlat-aktualne-stanowisko-grupy-ekspertow-1/
część 2 https://malgorzatajackowska.wordpress.com/2014/07/29/zasady-zywienia-niemowlat-2014-2-kiedy-i-jak-rozszerzac-diete-dziecka/ - Zasady żywienia zdrowych niemowląt. Zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci” Standardy Medyczne/Pediatria. 2014, t.11, s.321-338 : http://www.pedhemat.wroclaw.pl/ptp/files/Standardy_Medyczne_2014_Zalecenia_ywienia_.pdf
Etykiety:
Teoria BLW
09 stycznia 2015
Muffinkowe powroty
Od ostatniego opublikowanego tutaj posta minęły dwa lata,
cudowne dwa lata pełne wrażeń, emocji i gwałtownych zwrotów
akcji. Przede wszystkim uciekliśmy z Krakowa, wygonił nas smok...
to znaczy smog! Moja płuca zarządziły strajk i odmawiały
posłuszeństwa tak długo, aż posłusznie przeniosłam się w mniej
zadymione rejony kraju. Trochę mi żal, bo Kraków to naprawdę
piękne miasto, ale są takie rzeczy, z którymi walczyć się nie
da, natomiast te trzy cudowne lata, które tam spędziliśmy, zawsze
będę miała w sercu.
Kolejnym gwałtownym zwrotem akcji był ślub! Fantastyczny moment
w życiu. Nie jestem zwolenniczką wielkich rautów, hucznych imprez,
ani momentów, w których znajduję się w centrum uwagi, ale ten
jeden raz było warto. Postanowiłam, że chcę przeżyć wszystko,
co Panna Młoda przeżyć powinna. Była więc biała suknia, było
wesele na sto osób, była oczywiście noc poślubna w obrzydliwie
drogim pokoju hotelowym i podróż poślubna (pół roku później :P
) do Wiednia i Pragi. Niezapomniany czas, cudowny i magiczny, kolejna
pachnąca słodko kartka do skrzyneczki z niezapominajkami.
Ostatnim zwrotem akcji, który wywrócił moje życie najbardziej
ze wszystkiego, nic już nie jest takie jak było wcześniej, ani ja,
ani mąż, ani nasze małżeńskie życie. Malutka dziewczynka, która
i ten blog zmieni teraz o 180 stopni.
Postanowiłam wrócić (Anetko
dziękuję ci, że mnie namówiłaś, zobaczymy czy uda się teraz
wytrwać) z nową wiedzą, z nowymi pomysłami i z całkiem innym
podejściem do jedzenia. Dziecko zrewolucjonizowało wszystko,
absolutnie wszystko, pozwoliło mi odkryć niekończące się pokłady
cierpliwości, o których nie miałam zielonego pojęcia oraz skrytki
bez dna, po brzegi wypełnione miłością. Ale też
zrewolucjonizowało naszą kuchnię. Nagle zaczęłam się
zastanawiać czy to, co jemy nadaje się dla niej? Czy to, co mam na
talerzu bez wahania pozwoliłabym jej zjeść? Z jednej strony
wszyscy naokoło mówią, że niemowlęta mają inne potrzeby i dla
nich potrawy muszą być nadzwyczajne, inne i niestandardowe. I teraz
pytam się, dlaczego tak ma być? Czy ja nie mogę zmienić swojego
menu tak, żebyśmy mogli wszyscy jeść razem?
Jak mała miała cztery miesiące dałam jej zmiksowaną marchewkę
na łyżeczce, była zachwycona (jest żarłokiem po rodzicach, więc
nic w tym nadzwyczajnego), ale ja jakoś nie byłam zadowolona.
Znajomy coś mi bąknął na temat BLW, ale ostrzegł, że to trudne,
wymaga od rodzica niezwykłego zaufania do dziecka i generalnie to
niszowa zabawa. Zainteresowałam się tematem. W pierwszej kolejności
dowiedziałam się o tym, że dietę dziecka powinno się rozszerzać
po pierwszych sześciu miesiącach jego życia. Nie podałam więc
drugiej łyżeczki startej marchewki. Dało mi to dwa miesiące czasu
na poszerzenie mojej wiedzy. Zakupiłam książkę Bobas Lubi Wybór
autorstwa Gill Rapley i Tracey Murkett, o której na pewno tutaj
napiszę, przeczytałam ją od deski do deski. Dołączyłam do grupy
na Twarzoksiążce (innej nazwy u mnie nie uświadczycie), stałam
się częstym bywalcem bloga AlaAntkoweBLW. Na końcu szczerze
pokochałam tę metodę rozszerzania diety.
Dziś mamy z małą Tosią ponad czteromiesięczne doświadczenie,
które dalej będziemy skrzętnie zbierać. Poza pomysłami
obiadowo-śniadaniowo-kolacjowo-deserowymi zbieranymi z sieci,
zaczynam mieć swoje własne koncepcje, co mnie niezwykle cieszy.
Czasu na fotografowanie niestety jest mało, kiedy maluch drze się z
krzesełka, bo jedzenie ma być już natychmiast na tacce! Dlatego
zdjęcia na razie na pewno nie będą ani dopracowane, ani tak ładne
jak bym tego chciała. Natomiast będę się starała znaleźć
sposób na ładne zaprezentowanie wam dań Tosi, bo są tego warte :)
Nasza kuchnia stała się zdrowsza, lżejsza i mam wrażenie, że
bardziej urozmaicona. Odkryłam nie tylko dania, których nigdy
wcześniej nie znałam, ale i produkty, które powoli przejmują
kontrolę nie tylko nad moimi garnkami. W następnym poście postaram
się zapoznać wszystkich z metodą rozszerzania diety mojej córki,
a później będę szaleć z przepisami. Także ludzie, strzeżcie
się!
Na początek muffiny, na które przepis
opracowałam sama.
Muffiny jabłkowo-bananowe
Składniki suche:
- ¾ szklanki mąki orkiszowej + 1/3 szklanki mąki pszennej bądź amarantusowej (może być też tylko pszenna)
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej
- 2 łyżeczki cynamonu
- odrobina soli
- 3/4 szklanki mleka/jogurtu naturalnego
- 1 jajko
- 5 łyżek roztopionego masła
- średnie jabłko
- banan
- 5 daktyli
Składniki z poszczególnych grup mieszamy w osobnych miskach. Jabłko ścieram na tarce, banana rozgniatam, a daktyle kroję na drobno. Mieszam wszystko razem i nakładam do papilotek w formie do pieczenia muffinów albo do silikonowych foremek (łatwiej wyjdą, bo do papilotek mocno się przyklejają ). Piekę w 190 stopniach około 25-30 minut.
Smacznego!
05 października 2012
44 tygodnie - Ciasteczka orkiszowe
Bolączka poprzeprowadzkowa ze środka wielkiego miasta do małej mieścinki: daleko do sklepu i brak masła może przekreślić wiele planów. Dlatego też zrobienie bułeczek rano okazało się niewykonalne z powodu braku masła. Ciasto dopiero zaczęło wyrastać zatem szanse na porządne światło po upieczeniu bułeczek są nikłe. Taka mała złośliwość losu i nauczka, żeby lepiej się zorganizować następnym razem. Niestety trudno tak szybko przestawić się z myślenia wielkomiejskiego, gdzie wejście do sklepu jest dokładnie naprzeciw wyjścia z bloku, na myślenie małomiasteczkowe, gdzie zakupy wiążą się z wielką wyprawą. Przy czym oczywiście nie żałuję przeprowadzki i zamierzam nauczyć swój mózg nowego rodzaju zachowań, czy tego chce czy nie.
Żeby jednak nie zostawiać kolejnego posta bez przepisu, przedstawiam wam dziś przepis na najwspanialsze na świecie ciasteczka orkiszowe. Zdrowe i naprawdę smakowite, szczególnie do popołudniowego kubka kawy bądź wieczornego kubeczka kakao. Bardzo gorąco je polecam, szczególnie że jest to zdrowa wersja domowego smakołyka. Ciasteczka zasilą grupę przepisów na każdy tydzień roku.
Ciasteczka orkiszowe
- 3 szklanki mąki orkiszowej
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej
- 1/4 łyżeczki soli
- 225 g masła
- 1 szklanka ciemnego brązowego cukru
- 2 jajka
- 2 łyżeczki cukru waniliowego
Wymieszać w misce suche składniki, po czym dodać zimne masło i poszatkować je nożem. Dodać jajka i zagnieść jednolite ciasto. Następnie zawinąć je w folię spożywczą i schować do lodówki na co najmniej 2h. Po wyjęciu odrywać po skrawku ciasta i formować kulki wielkości orzecha włoskiego. Na blasze kulki powinny mieć nieco wolnej przestrzeni dookoła, ponieważ się lekko rozpłyną. Mnie na jeden raz na blasze zmieściło się 12 kuleczek. Piec w 175 C przez ~20 minut.
Smacznego!
Etykiety:
ciastka,
desery,
orkiszowe,
podwieczorki
04 października 2012
Kanelbullens Dag
Witajcie!
Właśnie minął sobie cichutko szwedzki dzień cynamonowej bułeczki i choć nadal mam niejasne wewnętrzne przeczucie, że powinnam się wstrzymać z powrotem do blogowania, ten dzień niejako mnie do tego przekonał. Upiekłam dziś cynamonowe bułeczki dla mojego siostrzeńca, trzylatka który niefortunnie zachorował na zapalenie zatok i bardzo potrzebował czegoś, co poprawi mu humor. Stąd impuls do upieczenia bułeczek, które zniknęły tak szybko, że nie miałam nawet szans ich sfotografować. Do tego otrzymałam zarządzenie od męża, że jutro powtórka, tylko że tym razem od samego rana, tak żeby były gotowe za dnia, kiedy są jeszcze jakieś szanse na dobre światło, żeby zdjęcia wyszły jak najlepsze. Dlatego też zdjęcia i przepis będą jutro, tymczasem zapraszam na urokliwą stronę, na której znajdziecie wszystko na temat cynamonowych bułeczek i szwedzkiego święta: Kanelbullens Dag.
Na koniec nadal w cynamonowym klimacie, zdjęcie psa Cynamona
PS. Justynko dostałam Twojego maila i był on niezwykle pokrzepiający i miły. Postanowiłam zrobić sobie przerwę w blogowaniu na jakiś czas, głównie ze względu na lawinę spraw, która na mnie spadła w te wakacje. Właściwie nie miałam wolnego weekendu od początku czerwca aż do wesela, które z resztą było jednym z powodów przerwy. Trochę mi głupio, że nie zapowiedziałam tego w żaden sposób na blogu, ale też przerwa wynikła z coraz bardziej przedłużającego się braku kolejnego posta. Obiecywałam sobie kilka razy, że coś w końcu zacznę, aż pogodziłam się z myślą, że co najmniej do wesela pewnie nie zacznę i tak to się skończyło. Teraz ruszam z nowym impetem, uzbrojona w dwie wspaniałe książki o fotografii kulinarnej oraz stertę przepisów do wypróbowania i przekazania!
Pozdrawiam
Toczka
Etykiety:
prywata
Subskrybuj:
Posty (Atom)




