Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bogate w żelazo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bogate w żelazo. Pokaż wszystkie posty

02 grudnia 2015

Hummus z suszonymi pomidorami


Zimno, szaro, buro i wiatr chce urwać głowę... A ja w tym wszystkim tkwię w samochodzie i próbuję nauczyć się nim jeździć. Tak, czas zrobić prawo jazdy, za chwilę egzamin praktyczny (teoria już za mną) i wypadałoby się do tej praktyki nieco przygotować. Stąd też tak rzadko bywam na blogu, choć w naszej kuchni nieustannie się coś dzieje. Paskudna pogoda i szybko zapadający zmrok również nie sprzyjają fotografowaniu naszych posiłków, często robimy sobie fajne rzeczy na obiad, ale sfotografować je w dobrym świetle to sztuka na dzień dzisiejszy dla mnie niemożliwa.
Dlatego mam dla Was kolejną propozycję śniadaniową. Tym razem pasta na chleb albo do warzyw, czyli pyszny hummus z dodatkiem suszonych pomidorów. Tosia pochłonęła zawrotną jak na nią ilość, a porcja, która przy zwykłym hummusie bez dodatków starczała nam na trzy dni, tym razem zniknęła w ciągu jednego.



Hummus z suszonymi pomidorami
  • 1 puszka ciecierzycy
  • 3 płaskie łyżki tahini
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • kumin
  • pieprz
  • 5 suszonych pomidorów z odrobiną oliwy
Ciecierzycę odsączyć i wrzucić do wysokiej miski. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, tahini oraz sok z cytryny i suszone pomidory. Dokładnie zblendować na gładką masę. Jeśli okaże się, że pasta jest zbyt gęsta, można dolać jeszcze trochę oliwy, bądź zalewy z cieciorki. Na koniec doprawić kuminem (u mnie łyżeczka) i pieprzem do smaku. Porządnie wymieszać.
Serwować z chlebkiem pita bądź warzywami (świetnie komponuje się z ogórkiem i papryką). Przechowywać w lodówce 4-6 dni.
Smacznego!











16 października 2015

Hummus

 

Rzutem na taśmę, zamieszczam dzisiaj przepis będący moim wkładem w wyzwanie blogowe Mocnej Grupy Blogerów, o którym więcej możecie przeczytać TUTAJ. W tym tygodniu tematem przewodnim miał być wschód. Zatem skoro macie przed sobą blog kulinarny, musiał się na nim pojawić jakiś przepis z kuchni wschodu.


Będzie to przepis nie byle jaki, ale na pyszny, delikatny hummus, perełkę kuchni arabskiej. Opracowaną według legend przez sułtana Saladyna w czasie wypraw krzyżowych, a w rzeczywistości wzmiankowana już w staroegipskiej książce kucharskiej oraz w pismach Platona i Sokratesa.
Przede wszystkim hummus jest niezwykle bogaty w witaminy i składniki odżywcze, w dodatku bardzo dobrze przyswajalne, co jest niezwykle cenną cechą. Co zatem zaserwujemy sobie pochłaniając kanapkę z hummusem? Przede wszystkim żelazo, co dla maluchów po szóstym miesiącu życia jest niezwykle ważne. Do tego witamina C i kwas foliowy oraz magnez i witamina B6, co wzmocni nasz układ odpornościowy - jesienią rzecz na wagę złota! Ponad to informacją ważną dla starszych smakoszy, będzie to, że zawarta w paście sezamowej metionina oraz wielonasycone kwasy tłuszczowe pomagają obniżyć cholesterol.
Na razie nie czuję się jeszcze na siłach, by zmierzyć się ze świeżą cieciorką, którą trzeba dość konkretnie potraktować, zanim będzie zdatna do jedzenia, ale obiecuję, że się przemogę i dam Wam znać co mi z tego wyszło. Postaram się także wypróbować różne wariacje smakowe hummusu i również wszystkim się z Wami podzielę. Przejdźmy zatem do przepisu!


Hummus
  • 1 puszka ciecierzycy
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 czubate łyżki pasty tahini
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • oliwa z oliwek
  • kumin (kmin rzymski)
  • pieprz

Ciecierzycę odsączyć i wrzucić do wysokiej miski. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, tahini oraz sok z cytryny. Dokładnie zblendować na gładką masę, po czym dodać 2 łyżki oliwy i ponownie zmiksować. Jeśli okaże się, że pasta jest zbyt gęsta, można dolać jeszcze trochę oliwy, bądź zalewy z cieciorki. Na koniec doprawić kuminem (u mnie łyżeczka) i pieprzem do smaku. Porządnie wymieszać.
Serwować z chlebkiem pita bądź warzywami (świetnie komponuje się z ogórkiem i papryką). Przechowywać w lodówce 4-6 dni.
Smacznego!







Źródło wiadomości: WHOmus

04 lipca 2015

Fasolka szparagowa

 

Pewnie stwierdzicie, że oszalałam i zaczynam strzelać banałami. Najpierw kompot z rabarbaru, coś co ponoć każdy doskonale zna i wie jak przygotować, a teraz fasolka szparagowa, jak nic związać, wrzucić w kaftan bezpieczeństwa i zamknąć na cztery spusty. Ale powiem wam, że czasem mnie zaskakuje ilu ludzi nie zna podstaw, a widząc te wszystkie cudownie skomplikowane przepisy, bledną i stwierdzają, że nie umieją gotować, koniec tematu. Dlatego postanowiłam sobie, że będę wrzucać banały kuchenne, właśnie dla takich osób, które pragną czegoś naprawdę prostego.
A tak swoją drogą, to przyznam wam się, że uuuuuwielbiam fasolkę szparagową i kocham lipiec!


Fasolka szparagowa
  • 1kg fasolki szparagowej zielonej
  • woda
  • łyżka masła
Fasolkę najpierw trzeba dobrze umyć, następnie odciąć tę część każdej fasolki, która była przytwierdzona do krzaczka. Następnie trzeba ją wrzucić do garnka i zalać wrzątkiem tak, by zakrył całą fasolkę. Doprowadzić do wrzenia, po czym zmniejszyć ogień i gotować przez 15-20 minut, warto zawsze sprawdzić czy fasolka jest już ugotowana, można nakłuć, a można też zwyczajnie spróbować :) Kiedy fasolka będzie już odpowiednio miękka, odcedzamy ją i wrzucamy łyżkę masła, teraz należy ją przemieszać, najlepiej po prostu nakładając na garnek pokrywkę i podrzucając kilkanaście razy jego zawartość - to po to, żeby nie połamać fasolek, co mogłoby się zdarzyć przy mieszaniu łyżką.
Innym sposobem jest zalanie fasolki zimną wodą, zagotowanie jej i również gotowanie 15-20 minut, fasolka jest wtedy bardziej równomiernie miękka, ale też sporo dobrego oddaje wodzie.
Trzecim sposobem natomiast, jest ugotowanie fasolki na parze. Jeśli mamy parowar albo garnek do gotowania na parze, sprawa jest prosta, jeśli nie posiadamy, zawsze można fasolkę wrzucić na durszlak metalowy, położyć go na garnek z wodą i gotować do miękkości.
Decyzja należy do was, ja wam w każdym razie życzę
Smacznego!
 






06 czerwca 2015

Bajaderki II


Kiedyś już wrzucałam na bloga przepis na bajaderki, ale czas go nieco ulepszyć i "ozdrowić", żeby z czystym sercem i sumieniem móc taką bajaderkę zaserwować maluchowi. Sama bardzo je lubię, zarówno za smak, jak i za to, że można do nich wrzucić w zasadzie wszystko, są więc świetnym sposobem na utylizację zeschniętego biszkopta, czy też resztek bakalii z dna opakowań. Okazuje się też, że ciasto, które nie wyszło, po przerobieniu na bajaderkę smakuje jak samo niebo.




Bajaderki II
  • 300g biszkopta bądź innego ciasta
  • soku jabłkowego rozcieńczonego wodą 1:1
  • 0,5 szkl. syropu daktylowego (1 szkl. daktyli zalać wrzątkiem i odstawić pod przykryciem na co najmniej godzinę, odsączyć i zmiksować)
  • 3 łyżki kakao bądź 1,5 łyżki karobu
  • 0,5 szkl. mleka (krowie, kozie albo roślinne)
  • dowolne bakalie (u nas rodzynki, wiórki kokosowe, orzechy nerkowca)
  • dwie garści amarantusa ekspandowanego
  • gorzka czekolada (najlepiej 80% kakao)
  • 50g masła bądź oleju kokosowego
  • wiórki i rodzynki do posypania z wierzchu
Biszkopta bądź inne ciasto, które mamy, rozgnieść na drobno i namoczyć sokiem z wodą, dodać syrop daktylowy, kakao i mleko, po czym zagnieść, aż wszystko się ładnie połączy. Na koniec dosypać amarantus i bakalie i porządnie wymieszać. Przykryć i odstawić w chłodne miejsce na 30 minut.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (do garnka wlać wodę, postawić na nim dopasowaną metalową bądź szklaną miskę - nie może dotykać powierzchni wody pod spodem, do miski wrzucić czekoladę i zagrzać, aż czekolada całkowicie się rozpuści). Dodać wybrany tłuszcz i wymieszać, aż się połączą na gładko. Z bajaderkowej masy ukulać zgrabne kuleczki, u nas wielkości piłeczki ping-pongowej, ale mogą być zarówno mniejsze jak i większe. Każdą kulkę pomazać po wierzchu rozpuszczoną czekoladą z tłuszczem - można też zanurzyć kulki w całości, jeśli są małe. Wierzch posypać wiórkami kokosowymi, rodzynkami albo jeszcze innymi bakaliami, np. poszatkowaną morelą albo orzechami.
Smacznego!









07 maja 2015

Naleśniki ze szpinakiem i fetą


Sądziliście, że naleśnikowy tydzień wyczerpał temat naleśników? Ależ skąd, mam jeszcze sporo pomysłów w zanadrzu! Ten konkretny, ze szpinakiem i fetą, chciałam zamieścić jeszcze w długi weekend, ponieważ przygotowałam je na nasz wypad działkowy, jako jedzenie piknikowe pod chmurką. Przeliczyłam się jednak i małżonek ze szwagierką i Tosia byli tak wygłodniali, że nie było szans na zrobienie jakichkolwiek zdjęć. A wszystko było tak ładnie poukładane w pudełeczkach i wyglądało tak elegancko i fotogenicznie ^_^ Cóż, życie pisze swoje scenariusze i naleśniki musiałam zrobić raz jeszcze w tygodniu. Są naprawdę smaczne i jak pokazuje nasz przykład, świetnie nadają się na majówkowy piknik.



Naleśniki ze szpinakiem i fetą

  • 300ml mleka
  • 2 jajka
  • 125g mąki
  • 30g rozpuszczonego masła
  • 250g piersi z indyka
  • zioła
  • 200g szpinaku mrożonego rozdrobnionego
  • 200g fety
  • 1 ząbek czosnku
  • łyżeczka soku z cytryny
  • zioła
Pierś z indyka dobrze umyć i pokroić na drobną kostkę, obsypać dowolnymi przyprawami i ziołami (u nas pieprz ziołowy, rozdrobnione suszone pomidory, czarnuszka, czosnek niedźwiedzi, bazylia, papryka słodka i ostra oraz kurkuma). Przełożyć do rękawa, zasznurować szpagatem z obu końców i nakłuć w kilku miejscach igłą albo wykałaczką. Piec w 180 stopniach 25 minut.
Mleko zmiksować z jajkami, aż się spienią. Wsypać mąkę i ponownie zmiksować na gładko, na koniec cienką stróżką wlać roztopione masło. Smażyć po 3/4 chochli na dobrze rozgrzanej patelni z odrobiną tłuszczu (masła klarowanego, oleju kokosowego albo rzepakowego).
Szpinak wrzucić do garnka i na małym ogniu rozmrozić i odparować, odstawić na bok. Do jeszcze ciepłego szpinaku wcisnąć czosnek, wsypać zioła i wlać sok z cytryny. Na koniec dodać rozgniecioną fetę i dobrze wymieszać.
Serwować w dowolny sposób, u nas masa szpinakowa z fetą została rozsmarowana na naleśniku, na to wyłożone kilka kawałków indyka i to wszystko razem zawinięte w rulonik.
Smacznego!




30 marca 2015

Leśny mech


To ciasto mnie naprawdę zaskoczyło. I nie tylko mnie, bo również moją mamę, siostrę, męża i tatę :) Jest niesamowite, zarówno z wyglądu jak i w smaku. Nazwę ma nieprzeciętną i bardzo pasującą do rzeczywistego efektu końcowego, pięknie będzie się prezentować zarówno na stole świątecznym, jak i urodzinowym czy imieninowym. Smak obłędny, szpinak nadaje mu nieco specyficznej goryczki, która bardzo wzbogaca całość. Ma idealną wilgotność, zapewnioną przez dużą ilość tłuszczu, robi się błyskawicznie i generalnie widzę w nim same plusy. Więc moi drodzy marsz do sklepu po szpinak i pieczemy!




Leśny mech
(przepis na formę 26cm)
  • 450 g mrożonego szpinaku ( drobnego, nie w liściach )
  • 3/4 szklanki cukru/cukru trzcinowego lub 4 łyżki miodu/syropu klonowego/syropu daktylowego
  • 3 jajka
  • 1 1/3 szklanka oleju rzepakowego
  • 2 szklanki mąki krupczatki
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0,5l śmietany 30% bądź 36%
  • 250g mascarpone
  • 3 łyżki cukru bądź 3 łyżki syropu klonowego
  • łyżka soku z cytryny
  • dowolne czerwone owoce: ziarenka granatu/żurawina/truskawki/wiśnie
Szpinak rozmrozić w rondlu i dobrze odparować wodę, można też wrzucić go na sitko, nieco odsączyć i zblendować. Jajka utrzeć z dowolnym słodzidłem, malutką stróżką wlać olej, ciągle miksując. Wsypać partiami mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, a na koniec dodać szpinak i wymieszać łyżką. Piec 1h (do suchego patyczka) w temperaturze 180 stopni.
Po wystudzeniu ściąć wierzch i pokruszyć. Do roztartego serka mascarpone dodać dwie łyżki śmietany i delikatnie wymieszać. Resztę śmietany ubić na sztywno, pod koniec dodać słodzidło oraz sok z cytryny. Połączyć obie części masy przy pomocy łyżki (nie miksować!). Masę śmietanowo-serową wyłożyć na spód i obsypać dokładnie pokruszonym ciastem, udekorować czerwonymi owocami.
Smacznego!



Tosia i jej kuzyni byli zachwyceni ciastem i pożarli tak dużo, że byłam naprawdę w wielkim szoku. I to rozmarzenie na twarzach :)




Na koniec zostało mi trochę bitej śmietany i pokruszonego ciasta, zrobiłam więc mini porcje, które moi siostrzeńcy pochłonęli na odchodnym ;)