Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty

24 września 2015

Flaugnarde z borówkami


Lato należy pożegnać z przytupem, dlatego 22 września zrobiłyśmy sobie z Tosią pyszne śniadanie z typowo letnimi owocami, borówkami. Żeby danie nie zdominowało smaku owoców, wybrałam stosunkowo delikatne ciasto, przypominające nieco coś pomiędzy Clafoutis a pieczoneym naleśnikiem, które pojawiły się już na Przepyszniku. Tym razem jednak przepis pochodzi z Francji i funkcjonuje tam głównie jako deser, bardzo smakowity z resztą i w moim odczuciu idealnie nadający się na pyszne śniadanie. Samo przygotowanie trwa chwilkę, piecze się już nieco dłużej, ale ten czas można przyjemnie spędzić na wspólnej zabawie. W konsystencji jest bardzo wilgotne i mocno jajeczne, co zarówno mnie jak i Tosi bardzo przypadło do gustu.
Jako, że sezon na borówki chyli się ku końcowi, uspokoję Was, ponieważ Flaugnarde można jeść także z innymi owocami i będzie równie pyszne, polecam typowo jesienne, takie jak jabłka, gruszki czy śliwki (suszonymi pasują idealnie!).



Flaugnarde z borówkami
  • 3/4 szkl. mąki pszennej
  • 1 1/4 szkl. dowolnego mleka
  • 3 jajka
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • ew. syrop klonowy
  • 1/2 szkl. borówek
  • masło do wysmarowania formy


Do miski wsypujemy przesianą mąkę, wlewamy mleko i wbijamy jajka, na koniec wlewamy sok z cytryny i jeśli lubimy bardziej słodkie, syrop klonowy (nam smakowało bez dodatkowego dosładzacza). Wszystko miksujemy na gładko i przelewamy do formy wysmarowanej masłem, borówki wrzucamy na wierzch, są tak lekkie, że będą pływać radośnie na wierzchu.
Pieczemy ~40 minut (czas zależy od wielkości i głębokości formy, im cieńsza warstwa ciasta, tym mniej czasu potrzebuje, żeby się dopiec) w temperaturze 180 stopni. Podajemy samo bądź z dodatkowymi owocami albo syropem. Pyszne jest zarówno na zimno, jak i na ciepło.
Smacznego!










01 lipca 2011

Francja: Croissanty


Jest już co prawda pierwszy dzień lipca i ostatni francuski przepis powinien pojawić się wczoraj, ale niestety zabrałam się za pieczenie trochę za późno i z racji niezbyt ładnej pogody światło o 20:00 kompletnie nie nadawało się do robienia zdjęć. Zatem ostatni przepis kuchni francuskiej, swoiste podsumowanie i zamknięcie całości, pojawia się dziś. Moją ostatnią francuską propozycją jest specjał śniadaniowy, bez którego zupełnie nie wyobrażam sobie paryskiego poranka. Moje niestety nie wyglądają tak, jak bym tego chciała, za mała wprawa, ale smakują i tak wyśmienicie. Przepis mam od dawien dawna, ale croissanty piekłam dopiero drugi raz w życiu i przyznam się z lekkim rumieńcem na twarzy, że za pierwszym razem wyszły lepiej. Widocznie szczęście początkującego po raz kolejny dało o sobie znać.
Przepis jak zwykle u mnie pojawi się na końcu, teraz natomiast garstka przemyśleń na temat przeznaczenia, krótki felietonik, którym mam nadzieję wkupię się w łaski redaktorów portalu LubimyCzytać.pl :]
 Czy wierzę w to, że moje życie jest zdeterminowane, że istnieje ktoś/coś (np. demon Laplace'a), kto/co zna moje przeznaczenie? Musiałabym być chyba szalona, by w to wierzyć. Przede wszystkim dlatego, że determinizm jest filozofią bardzo depresyjną i przygnębiającą. Pomyślmy sobie, że możemy się w jakiś sposób dowiedzieć co nas czeka i jest to taki jakby "wyrok", nieodwołalna prawda o całym naszym życiu, którą nie bardzo jesteśmy w stanie zmienić. Każdy nasz krok został wyliczony, doprowadził do niego skomplikowany system zdarzeń, przewidzianych, znanych, oczywistych. Ktoś wie jak będzie wyglądało nasze życie i odpowiednio nim kieruje, wie z kim powinniśmy się spotkać, kogo pokochamy, gdzie będziemy pracować, czy odniesiemy sukces czy nie, taki wszechwiedzący i wszechobecny narrator, mistrz marionetek... Smutne to i przerażające, tak wiedzieć wszystko i nie dać się niczym zaskoczyć. W wierze w przeznaczenie nie ma miejsca na niespodzianki, na czystą radość z nieznanego, na spontaniczność i oczekiwanie na to, co nas jeszcze może spotkać. Oczywiście gdybyśmy to przeznaczenie znali :] Mam kilku znajomych, którzy są święcie przekonani, że kieruje nimi jakaś nieznana siła, nazwijmy ją przeznaczeniem, i planuje każdy ich ruch, żeby doprowadzić ich do upragnionego celu. Kiedy dyskutujemy na ten temat dowodzą mi, że gdyby nie seria różnych, niezależnych od siebie zdarzeń, nigdy byśmy się nie poznali, nigdy nie stalibyśmy w tym punkcie, w którym jesteśmy. I dobrze, rzeczywiście, zgadzam się z tą teorią, mam tylko inne zdanie na temat ścisłego związku między przyczyną a skutkiem. To, że seria zdarzeń układa się w idealnie dopasowaną układankę, nie musi od razu oznaczać, że ktoś ją ułożył. To nasze decyzje pasują do siebie, gdybyśmy podjęli inne, wylądowalibyśmy prawdopodobnie w zupełnie innym miejscu, a zdarzenia i tak by do siebie idealnie pasowały.
Lubię myśleć, że mam możliwość wyboru, że mogę zdecydować w jakim kierunku pchnę swoje życie, lubię snuć plany, które układam ze swoja drugą połówką i być zaskoczoną - czasem mile, czasem nie - niespodziewanymi wydarzeniami. Lubię byś spontaniczna i mieć wewnętrzne przekonanie, że właśnie zrobiłam coś nieprzewidywalnego, o czym nikt inny nie wiedział, że zrobiłam to sama, z własnej woli i tym małym czymś zmieniłam bieg nie tylko swojego życia, ale też życia innych. Mój pan M. jest zwolennikiem teorii światów równoległych, gdzie w każdym świecie podejmowaliśmy różne decyzje i poprowadziły nas one w zupełnie innym kierunku. Przy każdej decyzji nasz świat się rozwarstwia i każda wersja nas samych rusza w swoją stronę ku nieznanej przyszłości. Choć jak pisałam wcześniej wolę myśleć, że wszystko zależy od moich decyzji, chciałabym kiedyś zobaczyć jak potoczyłyby się moje losy, gdybym podjęła inną decyzję, gdybym nie wyjechała na konwent fantastyki i nie poznała mojego M., gdybym nie studiowała psychologii, gdybym postąpiła zgodnie z oczekiwaniami mojego taty, gdybym bardziej zdecydowanie dążyła do publikacji swoich opowiadań, gdybym któregoś dnia wyszła z domu zamiast w nim zostać, lub innego została zamiast wyjść. Wydaje mi się to dużo ciekawsze niż teoria według której losy całego świata znajdują się na jednej i tej samej ścieżce i nie ma więcej możliwości. W końcu pień wygląda dużo nudniej niż drzewo z ogromną koroną o poplątanych dziko gałęziach, między którymi dzieje się mnóstwo tajemniczych rzeczy :]


Croissanty
(przepis na ok. 12 dużych sztuk)
  • 350g masła
  • 50g cukru pudru
  • 30g oleju
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 jajka
  • 50g drożdży
  • 200ml mleka
  • 500g mąki pszennej
  • 1 żółtko do smarowania

Masło dobrze schłodzić, poczym włożyć pomiędzy folię spożywczą i rozbić wałkiem na cieniutki placuszek, w tej formie po znów umieścić w lodówce. W ciepłym mleku rozpuścić drożdże, dodać cukier, olej, cól, jajką i mąkę. Bardzo delikatnie wyrobić gładkie ciasto. Rozciągnąć i rozwałkować tak by boki ciasta miały po 40 cm. Masło ułożyć po środku ciasta i złożyć równiutko boki tak, by na siebie nie nachodziły (coś jak drzwi z dwoma skrzydłami), masło musi być szczelnie zamknięte pomiędzy warstwami ciasta. Rozwałkować podsypując co jakiś czas odrobiną mąki, aż osiągnię grubość około 1 cm. Następnie zwinąć jeszcze raz w podobny sposób jak wcześniej i powstały w ten sposób wąski prostokąt złożyć jeszcze raz jak duskrzydłowe drzwi. Może to brzmieć skomplikowanie, ale myślę, że sporą pomocą będzie film na youtube.com, zawsze łatwiej mi się coś robi, jeśli to zobaczę, a nie tylko przeczytam. Zwinięte ciasto owinąć folią i na 30 minut włożyć do lodówki. Po wyjęciu znów rozwałkować i powtórzyć zwijanie ciasta, po czym włożyć z powrotem do lodówki na 30-60 minut. Czynność powinno się powtórzyć 3-4 razy. Gotowe ciasto przekroić w połowie i każdą połówkę rozwałkować w długi prostokąt, jak najcieńszy, najlepiej ~0,5 cm. Każdy prostokąt podzielić na w miarę równe trójkąty. Umieścić farsz u podstawy trójkąta (ja dodałam nutellę), przeciąć podstawę na długość ~0,5 cm i otulić nią farsz, tak by dwa końce podstawy były ładnie rozłożone na boki i zwinąć w rogalika, przytrzymując czubek trójkąta, lekko go przy tym rozciągając w czasie zwijania. Pieczemy 20-25 minut w 180 C, na złoty kolor.
Smacznego!



28 czerwca 2011

Francja: Suflet waniliowy z mango


Powoli zamykam swój czerwcowy cykl francuski, muszę przyznać, że zaczynając nie sądziłam, że będzie to tak fajna zabawa i że tak wiele się nauczę. Tak, mogę teraz stwierdzić, że był to świetny pomysł i z czystym sumieniem będę go kontynuować. Dziś zamieszczam przepis na leciutki i puszysty suflet, ostatniego dnia natomiast mam nadzieję podzielić się z Wami przepisem na croissanty, bo jakoś bez nich ciężko mi sobie wyobrazić kuchnię francuską. Na nich też zakończę cykl francuski. W lipcu natomiast gorąco zapraszam na cykl włoski, którego przedsmakiem niechaj będzie zamieszczony przeze mnie jakiś czas temu przepis na pizzę. Przed nami natomiast przepis na cannelloni, focaccię, bruschettę, tiramisu i panna cottę, a może też kilka więcej o ile czas i warunki oświetleniowe pozwolą.
 Jak już wspominałam dzisiejszym gościem wieczoru jest suflet. Nie bez powodu zostawiłam go sobie prawie na sam koniec. Suflet moi drodzy owiany jest bowiem złą sławą, jako danie skomplikowane, kapryśne i złośliwe. Suflet opada, pęka, nie ścina się albo wybucha. Tak, tak, słyszałam wiele historii na jego temat, więc zostawiłam go na koniec, by mieć czas na psychiczne przygotowanie się. Uwielbiam wyzwania, lubię eksperymentować, cieszę się jak dziecko kiedy coś mi wychodzi. I muszę przyznać, że tym razem eksperyment powiódł się w pełnej rozciągłości! Zabrałam się do ubijania, mieszania i gotowania mając w głowie właściwie wyłącznie instrukcje z przepisu. Nie zastanawiałam się czy wyjdzie, czy nie, ponieważ jak mówił James Beard: "Jedynym powodem, dla którego suflet opada, jest to, iż wyczuwa nasz strach przed opadnięciem", zrobiłam zatem wszystko, by tylko złowróżbny strach mnie nie dopadł. Robiłam wszystko szybko i sprawnie, niczym dobrze wytresowany robocik. Masa na suflet wyszła gładziutka i bardzo puszysta, pachniała obłędnie. Piekarnik na szczęście jest cudem techniki, które jak dotąd nigdy mnie nie zawiodło, stanął na wysokości zadania, suflet wyrósł jak szaleniec, w zasadzie podwajając swoją wysokość. Opadł oczywiście, w dodatku w trakcie sesji fotograficznej, ale smakował i tak genialnie, choć następnym razem zredukuję ilość cukru przynajmniej o 1/4 :]


Suflet waniliowy z mango
(porcja na 4 sztuki w dużych ramekinach o średnicy ok. 10 cm)
  • 350 ml mleka
  • 150 g drobnego cukru
  • 1 laska wanilii (lub cukier waniliowy)
  • 7 jajek
  • 50 g mąki pszennej
  • 1 dojrzałe mango
  • miękkie masło do wysmarowania foremek

Mleko zagotować z 1/4 cukru oraz ziarenkami wanilii, podgrzewać powoli, na małym ogniu aż do wrzenia. Żółtka oddzielić od białek i ubić razem z 1/4 cukru na gładki krem, pod koniec dodać mąkę. Do kremu wlać gorąco mleko, wciąż ubijając, przelać masę do rondelka i postawić na ogniu, należy ją cały czas mieszać, ponieważ pod wpływem ciepła zgęstnieje i powstanie coś podobnego do budyniu, tylko gęstsze. Odstawić masę do ostygnięcia, a w tym czasie ubić białka na sztywną pianę, dodając pod koniec pozostałą połowę cukru. Piekarnik rozgrzać do 200 C, ramekiny wysmarować masłem i posypać cukrem pudrem. 1/3 piany dodać do masy żółtkowej i dokładnie zmiksować, resztę delikatnie wmieszać łyżką, wrzucając jednocześnie kawałki mango (lub innego owocu). Masę przełożyć do ramekinów, wypełniając je aż po brzegi. Piec około 10 minut.
Smacznego!


27 czerwca 2011

Francja: Soupe au pistou



Zauważyłam ze zdziwieniem, że wśród moich propozycji kulinarnych nie znalazła się ani jedna zupa... Jest to dziwne szczególnie dlatego, że jadamy sporo zup, przynajmniej raz w tygodniu zdarza mi się gotować coś wodnistego na obiad. Bardzo często gości na naszym stole rosół, pomidorowa, ogórkowa i zwykła warzywna, jesienią i zimą zdarza się fasolka po bretońsku, zalewajka i barszcz czerwony. Przypuszczam, że winę za taki stan rzeczy ponosi moje lenistwo, ponieważ zupę lubię zjadać szybko, kiedy jest jeszcze ciepła, a szybko stygnie, i nigdy nie mam czasu ani chęci żeby przygotować odpowiednią dla zdjęcia otoczkę. Tym razem jednak wzięłam się za siebie i sfotografowałam dla Was przepyszną zupę rodem oczywiście z Francji, popularną w tym samym regionie co Ratatouille, czyli Prowansji. Jest to ta część Francji, w której króluje oliwa i przyprawy, z niej pochodzą przepisy na najlżejsze dania francuskie jakie znam, delikatne i bardzo wiosenne. Polecam z całego serca tym, którzy lubią od czasu do czasu pożywić się samymi warzywami. W tak rewelacyjnym zestawieniu nawet mój mięsożerny M. skusił się i polubił.


Soupe au pistou

  • fasola biała i czerwona (2 puszki)
  • 3-4 ziemniaki
  • 1 cebula
  • 1 pietruszka
  • 2 marchewki
  • 1 mała cukinia
  • 0,5 kg fasolki szparagowej
  • 2 pomidory
  • przyprawy: sól, pieprz, liść laurowy, pieprz cayenne pesto: pomidor, łyżka przecieru pomidorowego, 3 ząbki czosnku, 2 łyżki oliwy, garść świeżych liści bazylii, starty żółty ser (parmezan lub edam)

Warzywa (bez ziemniaków i pomidorów) kroimy w kostkę, zalewamy wodą i gotujemy z solą, pieprzem i liściem laurowym. Po ok. 15 minutach dodać pokrojone w plastry ziemniaki i gotować do miękkości. Pomidory sparzyć, pokroić w kostkę i rozgotować w rondelku, po czym dodać do zupy. Przygotować pesto: zmiksować bazylię z czosnkiem, dodać obranego i pokrojonego pomidora, przecier i ser, a na końcu wlać oliwę. Pesto i cayenne dodać do zupy pod koniec gotowania.
Smacznego!



24 czerwca 2011

Francja: Crème brûlée


Wychodzę za mąż, zaraz wracam. Z tej okazji w najbliższy tydzień zaprezentuję kilka przepisów potraw i deserów, którymi będziemy się dziś raczyć na małej rodzinnej uroczystości z okazji naszego ślubu cywilnego. A dziś nadal we francuskim klimacie Crème brûlée, które poza skorupką wyszło rewelacyjnie. Przetestowałam kilka znalezionych w internecie sposobów na uzyskanie karmelowej skorupki, przy pierwszym ramekinie wymieszaliśmy cukier ze spirytusem i podpaliliśmy, wyglądało efektownie, ale nie było efektywne. Skorupka owszem, zrobiła się nawet odpowiedniej grubości i wydała oczekiwane, ulubione przez Amelię dźwięk, ale niestety kolor miała blady, a niektóre kryształki cukru pozostały nienaruszone. Przy następnym ramekinie wstawiliśmy Crème brûlée pod grill w piekarniku nagrzany do 250 C, w jednym miejscu skorupka się przypaliła, w innym cukier nawet się nie zaczął rozpuszczać. Cóż, jak się okazuje nie da się uniknąć wydatku i palnik jest konieczny, być może w przyszłym roku zakupię, albo namówię kogoś, żeby mi zrobił prezent na święta :]

Crème brûlée
na 5 sztuk

  • 500 ml wysokoprocentowej śmietany kremówki 36%
  • 6 żółtek
  • 1/3 szklanki białego cukru
  • 5 łyżek brązowego cukru
  • 1 laska wanili

Do rondelka wlać śmietankę z dodatkiem cukru i lekko podgrzać. Na deseczce przekroić laskę wanilii na pół i końcówką noża wydłubać ziarenka, po czym umieścić je w rondelku. Mieszać i podgrzewać na małym ogniu aż leciutko zabulgocze, zestawić z ognie do ostygnięcia.

W miseczce ubić żółtka, ale nie na puszysto, wystarczy jak zaczną powoli zmieniać kolor na jaśniejszy. Powoli zacząć dolewać ostudzoną śmietankę, partiami po ok. 0,5 szklanki, aż wszystko się połączy. W czasie mieszania starać się, by do masy nie dostały się bąbelki powietrza, wtedy nasze  Crème brûlée będzie miało przyjemną, aksamitną i gładką konsystencję. Przelać masę przez sitko, żeby pozbyć się części ziarenek wanilii i wlać do kokilek lub ramekinów. Piekarnik rozgrzać do 160 C. Ramekiny wstawić do wysokiej blaszki i napełnić ją gorącą wodą, mniej więcej do 3/4 wysokości ramekinów. Wstawić do piekarnika i piec przez 25-35 minut, przy czym po 20 minutach sprawdzić konsystencję. Krem powinien lekko drżeć, jak ścinająca się galaretka. Crème brûlée zostawić do ostygnięcia i wstawić na przynajmniej 3 godziny do lodówki. Generalnie crème brûlée najlepiej smakuje, jeśli krem jest zimny. Przed podaniem wierzch posypać jedną łyżką cukru, najlepiej trzcinowego, i skarmelizować przy pomocy palnika.
Smacznego!



20 czerwca 2011

Francja: Clafoutis z wiśniami



Lubię takie dni, kiedy po zjedzeniu pysznego obiadu, którym pochwalę Wam się następnym razem, stwierdzam, że miło by było, gdybyśmy mieli jakiś deser, taki niezbyt słodki i w sam raz na lato. I wtedy M. patrzy na mnie w ten specjalny sposób, kiedy wiem, że mamy ochotę na to samo, szybko wyskoczyć do sklepu żeby kupić to, czego brakuje i upiec jakieś ciasto. Dziś padło na francuski szybki specjał, Clafoutis. Zestawienie jest jak dla mnie idealne, kwaśne wiśnie z podprażonymi migdałami i cukrem pudrem na wierzchu. Mmm, po prostu niebo w gębie! Generalnie Clafoutis to zapiekany deser, którego ciasto przypomina nieco ciasto naleśnikowe, którym zalewa się owoce. Nazwa pochodzi od słowa 'clafir', czyli wypełniać, co w przypadku tego ciasta dotyczy owoców, które wypełniają je po brzegi. We Francji słynie z niego Limousin, gdzie piecze się go tylko przez kilka tygodni w roku, ponieważ głównym składnikiem są słodkie, ciemne wiśnie, w dodatku niewydrylowane, co ponoć nadaje deserowi niepowtarzalnego smaku. Można też nakłuć wiśnie i nasączyć je mocnym alkoholem, np, rumem. Istnieje też jedno niepisane prawo odnoszące się do Clafoutis, po wyjęciu z piekarnika zawsze opada i nie da się temu zapobiec, ale myślę, że nie czyni mu to zbytniej krzywdy. Podaje się je na ciepło, oprószone lekko cukrem pudrem.
 Można też troszkę poszaleć i przygotować je w nieco innej wersji, na przykład z malinami, jagodami, morelami czy winogronami, a nawet z pomidorkami koktajlowymi, kiełbasą czy żółtym serem, ale to już nie na słodko, tylko w wersji wytrawnej, która też ma swoich zwolenników.
Ja proponuje dziś Wam wersję klasyczną na słodko, w dodatku urozmaiconą o migdały na wierzchu, Bon Appétit!


Clafoutis z wiśniami

  • 500g wiśni
  • 100g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 50g płatków migdałowych
  • 3 jajka
  • 3 łyżki syropu daktylowego/klonowego lub cukru kokosowego
  • 200ml śmietany
  • 100ml mleka
  • szczypta soli

Wiśnie umyć, wydrylować i przełożyć do żaroodpornego naczynia, wysmarowanego masłem. Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia i solą, dodać cukier i przemieszać, po czym wbić jajka i wymieszać trzepaczką na gładką masę, dodać mleko kiedy będzie już bardzo gęste i rozmieszać, na koniec wlać śmietanę. Ciasto powinno konsystencją przypominać ciasto naleśnikowe. Zalać masą owoce w naczyniu żaroodpornym, wierzch posypać płatkami migdałowymi. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180 C i piec przez ~40 minut. Po wyjęciu i lekkim wystudzeniu (ja zostawiłam jeszcze chwilę w piekarniku, ale oczywiście i tak opadło :) posypać cukrem pudrem.
Smacznego!

18 czerwca 2011

Francja: Quiche Lorraine


Ten specjał rodem z Lotaryngii wynalazł pewien piekarz z Nancy. Początkowo Quiche przygotowywano z ciasta chlebowego, z czasem jednak zrezygnowano na rzecz kruchego ciasta, jej cechą charakterystyczną jest słony smak wędzonego boczku, ciągnący się w środku ser (choć nie figurował on na liście składników pierwotnej wersji Quiche) i śmietanowo-jajeczna masa. Bardzo szybki i łatwy w przygotowaniu rodzaj tarty, nie wymagający szczególnie skomplikowanych składników, jest idealnym daniem na śniadanie bądź obiad. Jak już pisałam na początku, pochodzi z północno-wschodniej Francji, graniczącej z Niemcami, toteż nazwa nie bez przyczyny może się kojarzyć z niemieckim słowem 'kuchen' czyli po prostu placek.
 W Średniowieczu Quiche Lorraine pieczono w specjalnych, dużych i żeliwnych patelniach wylepionych najpierw ciastem chlebowym, a następnie zalewanych masą śmietanowo-jajeczną. Ze względu na dostępność składników była bardzo popularnym daniem wśród ubogiej ludności, jednak szybko zyskała fanów także wśród wyższych warstw społecznych, nawet wśród książąt, jak głosi plotka rozsmakował się w niej sam Karol III Wielki, książę Lotaryngii. Po II wojnie światowej Quiche zawędrowała na drugi brzeg Kanału La Manche i zyskała rzesze wielbicieli wśród Anglików, którzy z czasem spopularyzowali ją także za oceanem w USA. W dziwny jednak jak dla mnie sposób wśród niektórych Amerykanów, ze względu na swoje ponoć raczej wegetariańskie składniki, jest uważana, za potrawę niemęską, jak to mówią "prawdziwy mężczyzna nie jada Quiche" :]
Jak dla mnie jest co całkiem przyjemny sposób na szybki obiad, w dodatku bardzo rozwijający, ponieważ wskazane jest przy niej eksperymentowanie, dodawanie ulubionych składników, warzyw, mięs, owoców morza, można nawet pokusić się o wariację na temat i przygotowanie Quiche na słodko z owocami. Czego tylko dusza zapragnie!
Dziś jednak klasycznie, trzymając się grzecznie przepisu, mam Wam do zaprezentowania Quiche Lorraine z przepisu Cudawianki.


Quiche Lorraine

  • 250g maki pszennej
  • 1 jajko
  • 125g masla
  • 40 ml wody
  • 1 lyzeczka cukru
  • szczypta soli
  • 250g wedzonego boczku
  • 50g zoltego sera (w oryginale Gruyere, u nas ser Edam)
  • 200ml smietanki kremowki 36%
  • 200ml gestej smietany
  • 3 jajka
  • sol, pieprz, galka muszkatolowa

Ciasto na spód zagnieść jak zwykłe kruche, do suchych składników wrzucić masło, posiekać je, zagnieść wstępnie, dodać jajko i wodę, po czym wyrobić gładkie ciasto, ulepić z niego kulkę i wstawić na 1h do lodówki. Po tym czasie wyjąć i wylepić nią dno foremki (ja użyłam taką o 22 cm średnicy, ale ostatecznie uznaliśmy z M., że była stanowczo za mała, a warstwa ciasta za gruba, więc polecałabym foremkę o średnicy ~26cm) i wstawić do lodówki jeszcze na 20 minut. Piekarnik rozgrzać do 200 C, spód na Quiche nakłuć w kilku miejscach widelcem i wstawić do piekarnika na ~25 minut. W tym czasie przygotować farsz, pokrojony w nieduże paseczki boczek podsmażyć na suchej patelni i odsączyć na papierowym ręczniku. 3/4 porcji sera pokroić w kosteczkę, pozostałą część zetrzeć na tartce o grubych oczkach. Śmietanę potraktować trzepaczką, wciąż mieszając dodać kremówkę, a następnie wbić jajka i doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową (nie byłabym sobą, gdybym nie dosypała też innych swoich ulubionych przypraw, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że papryka jednak nie pasuje do tej potrawy).
Na gotowym spodzie rozłożyć boczek, posypać pokrojonym serkiem i zalać masą śmietanowo-jajeczną (ja dodałam jeszcze troszkę szczypiorku, żeby było kolorowo), wierzch zaś obsypać startym żółtym serkiem. Piec w 170 C przez 30 minut, wyłączyć piekarnik i przy otwartych drzwiczkach przetrzymać jeszcze w środku. Podawać z dowolnymi warzywami bądź surówkami.
Smacznego!