Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na zakwasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na zakwasie. Pokaż wszystkie posty

17 października 2011

Chleb ze słonecznikiem



Pierwszy wpis po długiej przerwie, przygotowany specjalnie na Światowy Dzień Chleba. Zanim jednak przejdę do opiewania zalet pieczenia chleba o własnych siłach, powinnam się chyba troszkę wytłumaczyć, chociażby dla spokoju własnego sumienia. Moja nieobecność na blogu wynikała głównie z tego, że w ciągu ostatniego miesiąca spotkało mnie wiele smutnych rzeczy i przygruntowy nastrój kompletnie odbierał mi chęć do robienia czegokolwiek. Niestety mały patron Przepysznika, Móżdżek, zasnął cichutko i pohasał do innych ogonków zamieszkujących krainę żółtego sera, groszku i oliwek. Schedę po nim przejąć musi brat, o wdzięcznym imieniu Pinki, rudy paskudnik uwielbiający podkradać chusteczki i wszystko co da się zjeść. Choć wszyscy nadal tęsknimy za Móżdżkiem, życie płynie dalej, a żeby dać temu wyraz, dedykuję mu ten wpis, żeby wiedział, że będziemy pamiętać jaki był z niego świetny gość.
 Zatem chleb. Pyszny, świeżutki, prosto z pieca. A nawet po dwóch dniach, albo trzech czy czterech! Da się tak, moi mili, wystarczy tylko samemu zabrać się za pieczenie. Ja postanowiłam spróbować swoich sił kilka miesięcy temu. Najpierw wyczytałam wszystko co się dało w Internecie, przejrzałam dwa razy blog Tatter, wczytałam się w szczegóły na Mojej domowej piekarni. I kiedy nabrałam odwagi i jakiej takiej nadziei, że się uda, zabrałam się za hodowanie zakwasu. Nowy domownik poczuł się dobrze na półeczce obok lodówki, wyrósł dzielny, silny i duży. Tak duży, że już dwa razy wylazł ze słoika. Umościłam mu wygodne gniazdko na górnej półce lodówki i odkąd osiągnął odpowiedni rozmiar, tam właśnie mieszka, czasem wyjmowany na karmienie. Asystował mi już przy wielu wypiekach, jednym z nich jest na przykład prezentowana przeze mnie jakiś czas temu chałka. Dziś natomiast chciałam zaprezentować Wam pierwszy chleb jaki upiekłam w życiu i od tamtej pory właściwie stale gości u nas w domu. M. wprost się nim zajada i twierdzi, że żaden inny spośród wypróbowanych przeze mnie, nie dorasta mu do pięt. Choć jest bardzo czasochłonny, polecam go gorąco, szczególnie jeśli macie koszyk do wyrastania, nabiera wtedy wspaniałego kształtu, co przydaje mu dodatkowych walorów. Skórka jest chrupiąca przez kilka dni po upieczeniu, a środek mięsisty i cudowny w smaku, przywodzi na myśl wiejski chlebek formowany ręką babci.



Chleb ze słonecznikiem

zaczyn - 300g 
  • 2-3 łyżki zakwasu (50g)
  • 100g latniej wody
  • 150g mąki pszennej

ciasto chlebowe - ok. 1700g

  • 300g zaczynu
  • 700g mąki pszennej 550
  • 100g mąki żytniej 720
  • 100g mąki pszennej razowej
  • 430g letniej wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 100g ziaren słonecznika


Dzień wcześniej, w okolicach godziny 20:00, wymieszać aktywny zakwas z mąką i letnią wodą (z wykazu składników na zaczyn) i wyrobić do uzyskania jednolitej pasty. Mieszankę pozostawić do przefermentowania w misce przykrytej szmatką, na 12 godzin, aż podwoi swoją objętość.
Następnego dnia rano, wymieszać mąkę z przepisu na ciasto chlebowe z letnią wodą, przykryć i odstawić na 30 minut. Po tym czasie wsypać sól i zaczyn, po czym szybko wyrobić, aż do uzyskania elastycznego ciasta. Będzie dość gęste, więc jeśli uznacie to za konieczne można dodać nieco więcej wody. Wyjąć z miski i ręcznie wgnieść nasiona słonecznika (można też wcześniej uprażyć). Przełożyć do miski wysmarowanej oliwą i szczelnie przykryć folią. Pozostawić do wyrośnięcia na 3 do 4 godzin.
Po upływie tego czasu wyłożyć ciasto na blat oprószony mąką i uformować bochenek, odwrócić gładką stroną do dołu i ułożyć w formie do wyrastania bądź obsypanym mąką koszyku. Posypać mąką również z wierzchu, przykryć folią i odstawić na kolejne 4 godziny. Ciasto po lekkim naciśnięciu palcem powinno wrócić do poprzedniego stanu.
Piekarnik rozgrzać do 230 C. Ważne, żeby nagrzać go wraz z blaszanym naczyniem (ja używam starej formy do tarty), na które tuż przed włożeniem chleba należy wylać pół szklanki wody. W ten sposób zwiększymy wilgotność we wnętrzu piekarnika, a chleb będzie smaczniejszy. Przed wstawieniem blachy z ciastem (w formie, bądź bezpośrednio na blasze - koszyki do wyrastania nie nadają się do wypieku), nacinamy je z wierzchu w kształt gwiazdki. Pieczemy 40-45 minut, aż będzie równomiernie brązowy, a po wyciągnięciu z piekarnika, postukany od spodu wyda głuchy dźwięk. Studzić na kratce.
Smacznego!




28 sierpnia 2011

Chałka na zakwasie


Powrót z wakacji był dla mnie niczym kubeł zimnej wody. Dwa tygodnie w samym sercu jury krakowsko-częstochowskiej, pod namiotem, na skraju niemalże magicznego lasu sprawiły, że Kraków choć piękny, zdaje mi się przytłaczający. Powietrze jest ciężkie i trudno nim oddychać, panujące przez ostatni tydzień upały wcale nie pomogły w lepszym przystosowaniu do codzienności. Wakacje to genialna sprawa, polecam wszystkim :] Przed wyjazdem pisałam Wam o Flambergu i mniej więcej opisałam na czym rzecz polega. W tym roku wzięłam udział w tzw. Jednodniówce, czyli grze terenowej przygotowującej mentalnie go Gry Głównej, w samej Grze Głównej oraz w Balu Końca Lata.
 Zacznę może od ostatniego, gdzie miałam przyjemność grać wdzięczne stworzenie leśne, nazywane wiłą. Cały LARP miał na celu głównie dobrą zabawę przy ognisku, w pięknych strojach, z przecudnym klimatem w tle i lampką wina w dłoni. Leśne stworzenia zachwyciły mnie w każdym wymiarze. Poza moją wiłą zobaczyć można było także wiedźmę, jej kotka, satyra, hazardzistę, wietrzycę, latawca, puka, a nawet dwa puki z czego jeden zakamuflowany, rusałkę, świetlika, błędny ognik, zaraza bagienna, cień i wiele wiele innych. Ogólnie chodziło o to, że co pokolenie w lesie odbywa się wielkie zgromadzenie, w wyniku którego po pierwsze wybrana zostanie ścieżka jaką przez następne pokolenie będą się kierować wszystkie magiczne stworzonka, a po drugie odbędą się rytuały, dzięki którym żadne ze stworzeń z początkiem dnia nie stanie się człowiekiem. Niestety wszyscy, którzy byli na poprzednim Wielkim Wiecu odeszli i nikt z obecnych nie wie w jaki sposób przeprowadzić rytuały. Naszym zadaniem było odnaleźć drogę konkretnego rytuału, do którego należą konkretne leśne stworzenia. W mojej grupie był satyr, wiedźma, wilczyca i hazardzista. Ten ostatni niestety nie do końca pojął po co w ogóle zebraliśmy się wokół ogniska i potrzebny nam do rytuału przedmiot, który posiadał, musieliśmy wygrać od niego w kości. Ostatecznie udało nam się dojść do tego jak przeprowadzić nasz rytuał i pozostaliśmy magicznymi stworzeniami. Wszyscy poza oczywiście hazardzistą, który zbudził się rankiem jako człowiek. Zabawa była przednia, szczególnie że cała rzecz działa się w nocy i jedynym źródłem światła jakie mieliśmy było ognisko. Niesamowity klimat, nadal mam przed oczami sceny z tamtego wieczoru i nieodmiennie się zachwycam.
 W Jednodniówce grałam wysłannika sędziego występującego "inkoguto" jako skromny skryba, miałam obserwować, słuchać i wyciągać wnioski. Ogólnie wyszło na to, że w wiosce, w której rzecz się działa pojawił się kupiec sprzedający koce ze szpitala, roznoszące zarazę i to on był winien wszystkich śmierci, w związku z czym musiałam skazać go na śmierć. Chłopak grający kupca grał na tyle dobrze, że niemalże do ostatniej chwili nie byłam pewna jego winy. Obok tego wszystkiego pojawił się jeszcze wątek z pogranicza rzeczywistości, z Siewcą zarazy, czyli duchem, któremu ktoś zbezcześcił grób. Ów duch przybrał ludzką postać i postanowił ukarać wszystkich tych, którzy ośmielili się zmącić jego spokój. Ogólnie było mrocznie choć wszystko działo się za dnia.

 Gra Główna natomiast przeszła moje najśmielsze oczekiwania, było rewelacyjnie! Ogólnie pierwszego dnia ja i mój M. graliśmy wampiry, z czego on głównego złego na terenie gry, przed wszystkimi udawaliśmy oczywiście ludzi, żeby móc w spokoju odprawić mroczny rytuał, dzięki któremu postać M. stałaby się niemal niezwyciężona. Na swoich usługach mieliśmy też pięć demonów, które siały terror na traktach. Dzień polegał na czekaniu na rytuał, który z założeń scenariuszowych miał się nie udać. Na koniec przybył dzielny palladyn i nas uśmiercił, zanim jednak wszystko się skończyło zły wampir rzucił klątwę przenosząc wszystkich, jak się okazało drugiego dnia gry, do tajemniczego świata Kiratsuli. I tam mieliśmy kolejne role, ja grałam Elfią panią, pierwszą z mieszkanek Kiratsuli, za życia potężną maginię, teraz zdolną jedynie przejąć kontrolę nad trójką niewolników. Byłam bardzo niemiła, zadzierałam nosa, uzurpowałam sobie prawo do rządzenia Kiratsuli (sama temu miejscu z resztą nadałam imię) i baaaardzo lubiłam pawie piórka, za które rozdawałam informacje na prawo i lewo. Ogólnie moim zadaniem było informować graczy o różnych sekretach Kiratsuli tak, by mogli się stamtąd wydostać. M. natomiast grał krasnoluda-policjanta, jak go nazwano już po grze, ponieważ jego zadaniem było wykonywać moje rozkazy (pochodziliśmy z czasów, kiedy krasnoludy i ludzie ślepo służyli elfom), przede wszystkim polegały one na tym, że wycinał w pień tych, którzy nie spodobali się jego pani. Grało mi się fantastycznie i nie mogę się nadziękować twórcom Gry Głównej za ich niesamowity roczny wysiłek i pomysłowość. A teraz przepis, który skradł kilka serc na Flambergu, ponieważ nie mogłam się powstrzymać, by nie zabrać ze sobą na kilka pierwszych dni prowiantu. A zatem oto ona, chałka na zakwasie z dodatkiem rodzynek, pyszna i aromatyczna, zdecydowanie polecam wszystkim, którzy lubują się w wypiekach. Jeśli ktoś nie wie jak zrobić zakwas, szczerze polecam stronę, wszystko zostało tu pięknie opisane, obfotografowane i wyjaśnione, nie czuję się na tyle mądra w tym temacie, żeby samej opisywać tu zakwasowe dokonania.




Chałka na zakwasie

  • 80g zakwasu
  • 0,5 szklanki wod 
  • 450g mąki wysokoglutenowej 
  • 1, 5 łyżeczki drożdży instant 
  • 1, 5 łyżeczki soli 
  • 2 duże jajka 
  • 60g miodu 
  • ¼ szklanki oleju
  • 60g masła 
  • 100g rodzynek 
  • jajko do posmarowania wierzchu

W jednej misce wymieszać mąkę z resztą suchych składników. Oddzielnie natomiast jajka z miodem, olejem i rozpuszczonym masłem. Zakwas rozpuścić w wodzie. Do dużej miski wrzucić wszystkie składniki i wyrobić przez ok. 5 minut, aż ciasto będzie gładziutkie i lśniące, powinno dać się uformować w zgrabną kulkę, można też wgnieść rodzynki. W następnej kolejności ciasto włożyć do miski nasmarowanej tłuszczem i odstawić przykryte folią na półtorej godziny. Po tym czasie wyłożyć je na blat, uderzyć w celu odgazowania, rozciągnąć i złożyć jak kopertę. Odstawić na kolejne 45 minut.
Jeśli ktoś chciałby upiec chałkę rano, można też w tym momencie włożyć ciasto na noc do lodówki. Po wyjęciu z lodówki podzielić ciasto na trzy części i z każdej uformować dość gruby wałeczek, pozwolić im odpocząć przez 20 minut pod ściereczką. Po czym skleić z jednego końca i zapleść warkocz. Przełożyć na natłuszczoną blachę i odstawić na co najmniej godzinę. Po tym czasie nałożyć glazurę z rozkłóconego jajka. Można też jeśli ktoś lubi posypać makiem albo kruszonką.

Piec w nagrzanym do 200 C piekarniku przez ok. 20 minut, po tym czasie można chałkę wyjąć, posmarować białe fragmenty, które się pojawiły i wstawić do piekarnika na kolejnych 10-15 minut. Jeśli zacznie się za mocno rumienić, przykryć folią.

Smacznego!



PS. Zdjęcia flambergowe wykonała w większości Marta Brzozowska, jedyny wyjątek stanowi zdjęcie Elfiej pani z jej szlachecką niewolnicą, to zdjęcie zostało wykonane przez Karolinę Karcz.